Dzisiaj na spacerze Matylda przytuliła się do mnie i po raz pierwszy powiedziała "Kocham mamę".
:))))))))
3 lipca 2012
8 czerwca 2012
Ha, ha, ha
Śmiech. Prawdziwy, taki z przepony, głośny śmiech. Igor dziś, w Boże Ciało po raz pierwszy w życiu zaśmiał się w głos. I to nie raz i nie dwa - wujek T. wizytujący nas wieczorem tak intensywnie rozśmieszył mi Synka, że ten wręcz eksplodował całym sobą w serii chichotów.
Jeden z najwspanialszych dźwięków, jakie można w życiu usłyszeć, jest mi po raz drugi znany. Niesamowite - dla mnie to jeden z najwspanialszych momentów w macierzyństwie - tak przejmujący, że aż wzruszający. Zdecydowanie do zapamiętnia, choć niestety nie do opisania, przynajmniej ja słów nie znajduję... A szkoda.
Na szczęście Tatuś zachował trzeźwość umysłu i zdołał nakręcić krótki filmik z całego wydarzenia. I co ja bym bez niego zrobiła?
3 czerwca 2012
Plecaczek
Z okazji Dnia Dziecka Matylda dostała od nas placaczek. Pluszowy z gąsiennicą. Będzie teraz sama swoje skarby nosić, przyda na wszystko co potrzebne do klubiku. Bardzo jej się podoba, chodziła dziś z nim na plecach przez całe popołudnie, taka dumna i dorosła...
Jutro z rana idziemy do klubiku, więc wieczorem trzeba było niezbędne na tę okoliczność rzeczy do plecaczka zapakować: paputki, soczek, dwie pieluchy... Ha, bardzo dorośle!
Niestety, choćbym nie wiem, co robiła, Matylda nie chce wołać na nocnik. Nie wiem, ile już podejść do odpieluchowania było, pamiętam ostatnie dwa. Za przedostatnim razem trzeba było przerwać po kilku dniach, bo nagle zwolniło się miejsce w szpitału i M jechała na wycięcie trzeciego migdała. Za ostatnim razem po tygodniu sikania pod siebie i chodzenia w mokrych ciuchach, M dostała kataru. Szczerze mówiąc to nawet mi ulżyło, bo strasznie byłam całym tym procesem zestresowana i zmęczona. Narazie się poddaję, to nie na moje nerwy i chroniczny brak czasu.
Moja córcia dobrze wie, kiedy chce jej się iść za potrzebą. Zawsze robi TO w jakimś zacisznym miejscu lub, jeśli akurat karmię Igora, w miejscu dobrze dla mnie widocznym, z szelmowskim uśmiechem na ustach. Myślałam, że stosując metodę ostrego cięcia, będzie to kwestia kilku dni i pieluchy staną się mglistym wspomnieniem, a tu - zaskoczenie! Matyldzie mokre ubrania w ogóle nie przeszkadzają. Wstrzymywanie siusiu to też dla niej zero problemu - rano przesiadywała np. dwie godziny na nocniku i NIC, zostawiała za to kałużę minutę po zejściu z niego.
Najwidoczniej nie jest to ten czas. Może, gdyby nie było Igora - mam wrażenie, że jest to jej jakaś forma zwrócenia na siebie uwagi? Może więc lepiej narazie odczekać jeszcze trochę. Może 'wołanie' przyjdzie samo.
Będę więc pakować te pieluchy do plecaczka...
***
Choć nie powiem - wkurza mnie to. Bo zastanawiam się co robię źle...
Jutro z rana idziemy do klubiku, więc wieczorem trzeba było niezbędne na tę okoliczność rzeczy do plecaczka zapakować: paputki, soczek, dwie pieluchy... Ha, bardzo dorośle!
Niestety, choćbym nie wiem, co robiła, Matylda nie chce wołać na nocnik. Nie wiem, ile już podejść do odpieluchowania było, pamiętam ostatnie dwa. Za przedostatnim razem trzeba było przerwać po kilku dniach, bo nagle zwolniło się miejsce w szpitału i M jechała na wycięcie trzeciego migdała. Za ostatnim razem po tygodniu sikania pod siebie i chodzenia w mokrych ciuchach, M dostała kataru. Szczerze mówiąc to nawet mi ulżyło, bo strasznie byłam całym tym procesem zestresowana i zmęczona. Narazie się poddaję, to nie na moje nerwy i chroniczny brak czasu.
Moja córcia dobrze wie, kiedy chce jej się iść za potrzebą. Zawsze robi TO w jakimś zacisznym miejscu lub, jeśli akurat karmię Igora, w miejscu dobrze dla mnie widocznym, z szelmowskim uśmiechem na ustach. Myślałam, że stosując metodę ostrego cięcia, będzie to kwestia kilku dni i pieluchy staną się mglistym wspomnieniem, a tu - zaskoczenie! Matyldzie mokre ubrania w ogóle nie przeszkadzają. Wstrzymywanie siusiu to też dla niej zero problemu - rano przesiadywała np. dwie godziny na nocniku i NIC, zostawiała za to kałużę minutę po zejściu z niego.
Najwidoczniej nie jest to ten czas. Może, gdyby nie było Igora - mam wrażenie, że jest to jej jakaś forma zwrócenia na siebie uwagi? Może więc lepiej narazie odczekać jeszcze trochę. Może 'wołanie' przyjdzie samo.
Będę więc pakować te pieluchy do plecaczka...
***
Choć nie powiem - wkurza mnie to. Bo zastanawiam się co robię źle...
1 czerwca 2012
Nareszcie znalazłam chwilę, by tu zajrzeć. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile czasu minęło od mojego ostatniego posta! Dzień za dniem mija i czas przecieka mi przez palce. Bo jak to się mówi 'jak nie urok to sraczka' - zawsze jest coś, czym się trzeba zająć. Jak nie karmienie Igora, to pocieszanie Matyldy. Jak jedno prześpi pięknie nockę, to drugie ma jakieś koszmary. Kiedy Igorowi w drodze wyjątku udało się zasnąć wczesmym wieczoram, to akurat Matylda musiała wojować do około 23.. I jak tu bloga pisać w takich warunkach?!?
Ale, ale - dochodzimy chyba powoli do równowagi. Na zaglądanie tu w ciągu dnia nie mam szans, ale jest nadzieja, że w najbliższej przyszłości odzyskam wolne wieczory. Matylda regularnie pada jak mucha około 19-20; rekompensuje mi tym brak drzemek wciągu dnia, he he. A Igor zasypia coraz wcześniej. We wtorek zasnął o 20:20 - to był pierwszy taki beztroski wieczór od kiedy się urodził. Jest więc prawdopodobne, że wrócę do jako-tako regularnego przebywania w blogosferze.
W skrócie - mam cudowne dzieci!
Igor jest bardzo pogodnym bobasem. Rano, wystarczy, że zbliżam się do jego łóżeczka, a on już się śmieje. Jego uśmiech działa na mnie jak balsam, koi moją zbolałą ze zmęczenia duszę i sprawia, że co chce się wstać. Potrafi nieźle kokietować. Zapowiada się na gadułę, bo gaworzy dużo i do każdego - mamy, taty, Matyldy, Babci czy misia. Uwielbia być przytulanym. Jest coraz bardziej ciekawy wszystkiego, co go otacza - obserwuje świat robiąc wielkie oczy i kwicząc głośno. A z przyziemnych spraw - przepięknie przesypia noce - siedem godzin przespanych jednym ciągiem to już żadna nowość! Ja niestety z powodu zobowiązań zawodowych (pomagam mężowi w 'wolnym czasie'), nie korzystam w pełni z tego błogosławieństwa, skutkiem czego jestem coraz bardziej przemęczona, ale sam fakt, że Mały tak pięknie śpi, jest dla mnie niesamowity.
Matylda za to bardzo dojrzała. Nie wiem, czy obiektywnie, ale w moich oczach bardzo. To niesamowite, że w nocy, kiedy jechałam do porodu, żegnałam się z moją małą dziewczynką, a kiedy wróciłam do domu raptem dwa dni później, czekała na mnie dorosła niemal dama. Perspektywa 'małego dzidziusia' zmieniła się diametralnie wraz z pojawieniem się Igora. Ostatnio widzę, że Mada zaczyna akceptować nowy stan rzeczy i tolerować to, że nie ma mnie dla siebie na wyłączność. Początki bowiem nie były łatwe, ale to temat na osobny post. Od paru dni, zrobiła się naprawdę ugodowa, taka rozumna i mało marudna. Znowu dużo się śmieje i wymyśla sobie zabawy. Mam nadzieję, że tak już zostanie.
Na koniec - moje dwa zbóje łobuzujące na łóżku. Z czasem widzę coraz wyraźniejsze interakcje między nimi. Kocham te moje Dzieciaki nad życie
Zresztą - jak tu nie kochać takich słodkich pyszczków ;) ??
Do zapamiętania
Dzisiejsze
nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się
śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.
Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczoraj pieściliśmy.
Dzisiejsze roztropne dziecko, to to, któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.
Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to, któremu wczoraj okazaliśmy miłość.
Dzisiejsze mądre dziecko, to to, które wczoraj wychowaliśmy.
Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to, któremu wczoraj przebaczyliśmy.
Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością.
Ronald Russell
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.
Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczoraj pieściliśmy.
Dzisiejsze roztropne dziecko, to to, któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.
Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to, któremu wczoraj okazaliśmy miłość.
Dzisiejsze mądre dziecko, to to, które wczoraj wychowaliśmy.
Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to, któremu wczoraj przebaczyliśmy.
Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością.
Ronald Russell
Wszystkim Dzieciom z okazji Dnia Dziecka wszystkiego najlepszego!!!
20 kwietnia 2012
Szybkie sprawozdanie z placu boju
No to stało się - sześć tygodni temu zostałam mamą po raz drugi!
Igor urodził się 10 marca o 11:00. Ważył 3900 g przy długości 55 cm. To jedno z jego pierwszych zdjęć, tuż po tym, kiedy przynieśli mi go po pierwszych badaniach.
Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Tego uczucia, kiedy kładą dopiero co urodzone dzieciątko na brzuchu lub piersi, nie da się porównać do niczego - rozkosz w najczystrzej postaci. I ta natychmiastowa amnezja - przed momentem nic oprócz bólu - po położeniu tej małej, mięciutkiej, śliskiej od mazi płodowej istotki wszystko znika - prawdziwy cud. Jego też ogarnął ogromny spokój, kiedy leżał na mnie, było mu w tej pozycji naprawdę dobrze. I już nie liczyło się nic, byliśmy cali dla siebie.
O samym porodzie napiszę jeszcze kiedyś. Teraz chcę napisać tylko - nie było źle!
***
Igor jest bardzo łatwy w obsłudze - zwłaszcza w porównaniu ze swoją Siostrą - ładnie i bezproblemowo je, stosunkowo dużo śpi, zwłaszcza w nocy i mało płacze. Szybko zrozumiał różnicę między dniem i nocą - w zasadzie od początku śpi przynajmniej cztery godziny w nocy, a czasem potrafi nawet i sześć godzin przespać jednym ciągiem. Bardzo lubi spać na dworze, co dla mnie jest nowością, bo Matylda tego nie znosiła - z nią wyjście na spacer pełne było wrzasku i łez.
Igor ma piękny uśmiech, którym obdarzył mnie po raz pierwszy w wieku niecałych czterech tygodni. Od kilku dni próbuje gurzyć. Jest bardzo towarzyski - może leżeć przez jakiś czas sam w łóżeczku, ale po jakiś 10 minutach woła o uwagę. Do tego prawdziwy z niego siłacz - potrafi pięknie trzymać główkę, przekłada ją z boku na bok, gdy leży na brzuszku (zrobił to nawet tuż po porodzie, kiedy czekał w kojcu na badanie pediatry). Jest przesłodki.
Niestety ma małe problemy z brzuszkiem - jest strasznym żarłokiem, który bardzo łapczywie je i któremu ciężko się odbija. W związku z tym bolesne wzdęcia i duuuuuuużo noszenia na rękach to u nas norma. Przez to mam mało czasu na cokolwiek, w tym i pisanie... Ale po trzecim miesiącu tego typu problemy powinny się skończyć, więc przyjdzie czas, kiedy będę tu bardziej regularnie.
***
Miałam w planach napisać dziś więcej, dużo przecież się wydarzyło, zmieniło, ale niestety zmęczenie daje mi o sobie znać - czas iść spać, tym bardziej, że oba dzieci śpią...
Igor urodził się 10 marca o 11:00. Ważył 3900 g przy długości 55 cm. To jedno z jego pierwszych zdjęć, tuż po tym, kiedy przynieśli mi go po pierwszych badaniach.
Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Tego uczucia, kiedy kładą dopiero co urodzone dzieciątko na brzuchu lub piersi, nie da się porównać do niczego - rozkosz w najczystrzej postaci. I ta natychmiastowa amnezja - przed momentem nic oprócz bólu - po położeniu tej małej, mięciutkiej, śliskiej od mazi płodowej istotki wszystko znika - prawdziwy cud. Jego też ogarnął ogromny spokój, kiedy leżał na mnie, było mu w tej pozycji naprawdę dobrze. I już nie liczyło się nic, byliśmy cali dla siebie.
O samym porodzie napiszę jeszcze kiedyś. Teraz chcę napisać tylko - nie było źle!
***
Igor jest bardzo łatwy w obsłudze - zwłaszcza w porównaniu ze swoją Siostrą - ładnie i bezproblemowo je, stosunkowo dużo śpi, zwłaszcza w nocy i mało płacze. Szybko zrozumiał różnicę między dniem i nocą - w zasadzie od początku śpi przynajmniej cztery godziny w nocy, a czasem potrafi nawet i sześć godzin przespać jednym ciągiem. Bardzo lubi spać na dworze, co dla mnie jest nowością, bo Matylda tego nie znosiła - z nią wyjście na spacer pełne było wrzasku i łez.
Igor ma piękny uśmiech, którym obdarzył mnie po raz pierwszy w wieku niecałych czterech tygodni. Od kilku dni próbuje gurzyć. Jest bardzo towarzyski - może leżeć przez jakiś czas sam w łóżeczku, ale po jakiś 10 minutach woła o uwagę. Do tego prawdziwy z niego siłacz - potrafi pięknie trzymać główkę, przekłada ją z boku na bok, gdy leży na brzuszku (zrobił to nawet tuż po porodzie, kiedy czekał w kojcu na badanie pediatry). Jest przesłodki.
Niestety ma małe problemy z brzuszkiem - jest strasznym żarłokiem, który bardzo łapczywie je i któremu ciężko się odbija. W związku z tym bolesne wzdęcia i duuuuuuużo noszenia na rękach to u nas norma. Przez to mam mało czasu na cokolwiek, w tym i pisanie... Ale po trzecim miesiącu tego typu problemy powinny się skończyć, więc przyjdzie czas, kiedy będę tu bardziej regularnie.
***
Miałam w planach napisać dziś więcej, dużo przecież się wydarzyło, zmieniło, ale niestety zmęczenie daje mi o sobie znać - czas iść spać, tym bardziej, że oba dzieci śpią...
3 marca 2012
Mam dość!
Dziś znowu malkontentka się we mnie odzywa, przepraszam za ten nudny smutek.
Matyldzia na nowo chora; ze względu na przedłużającą się i zaogniającą się infekcję, tym razem bez antybiotyków się nie obyło :(. Prawdopodobnie wszystkiemu winny przerośnięty trzeci migdał - laryngolog na wizycie w poniedziałek określiła go jako bardzo duży i brzydki i zakwalifikowała go do natychmiastowego wycięcia. Niestety na NFZ 'natychmiastowe' oznacza 'za 6 miesięcy'. Przyznam szczerze, że na początku byłam nawet przeciwna zabiegowi (narkoza dla takiego malucha???), ale kiedy we wtorek Mała dostała temperaturę i kaszel, zdanie zmieniłam i najchętniej wycięłabym jej to g... od razu. Pediatra też w środę poradziła, by w miarę możliwości spróbować usunąć wcześniej, bo migdał jest w strasznym stanie i będzie powodował nawracające infekcje. A sama Mada przez niego ma problemy z normalnym oddychaniem, a co za tym idzie - ze spaniem i jedzeniem, jest przemęczona i rozdrażniona... Wszystko się zgadza. Spróbujemy więc uderzyć gdzieś wcześniej, bo nie mamy na co czekać z ciachnięciem tego 'tworu'.
Od wtorku więc znowu nie sypiam ani w dzień, ani w nocy, jestem przemęczona i zła. Dzisiaj Matyldzie załączył się mega kaszel, a do tego, a raczej powinnam napisać przez to jest strasznie marudna i wścieka się o byle co - obudziła się głodna, ale żadne jedzenie nie odpowiadało, poszła z Tatą na spacer, ale chciała jeszcze gdzieś jechać samochodem,, poza tym od wczoraj odmawia brania leków, przez co podajemy je jej na siłę - wygląda to drastycznie, ale inaczej się nie da... Żal mi jej, bo jest taka biedniutka, widać, że cierpi, że jest już tym wszystkim zmęczona, ale jednocześnie moja cierpliwość jest już tak nadwyrężona, że jak tylko włącza się jej wyjec, ja dostaję szału, skutkiem czego krzyknęłam na nią parę razy. Oczywiście zaraz potem włączają się wyrzuty sumienia, do tego hormony szaleją - płaczę więc regularnie od wczoraj wieczora... Czuję, jakby wszystko mi się waliło, że tracę grunt pod nogami, że z niczym nie daję rady. Źle mi.
Wyglądam jak zombie - nic tylko do porodu jechać!
Wyglądam jak zombie - nic tylko do porodu jechać!
***
A co do porodu to wszystko przede mną. Jakieś tam pierwsze skurcze się już pojawiły, ale na krótko i w zasadzie nie ma o czym mówić. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje w tej chwili u nas w domu, to wcale się nie dziwię, że Igorowi się nie spieszy na spotkanie z nami ;). Na szczęście u niego wszystko dobrze.
25 lutego 2012
Jeszcze o I...
Wczoraj moja ciąża ukończyła 39 tygodni i byłam na kontroli u ginekologa, więc mogę zgłosić aktualizację co do mojego stanu i stanu Igora.
Igor ma się dobrze, leży sobie od dawna główką do dołu i choć jest mu już ciasno, sporo się rusza (o, nawet teraz masakruje mi pęcherz i szyjkę macicy...). Waży około 3,6 kg, co wczoraj odpowiadało dokładnie 39 t.c. Czyli nieźle, nie urósł za bardzo, a ja z moją posturą małego dzidziusia na tym etapie mieć nie mogę ;). Powinnam urodzić go bez problemu - to słowa mojego lekarza. Oby się sprawdziły.
Mój organizm powoli przygotowuje się do porodu, coś tam niby się dzieje, choć ja nic nie czuję. Ale z Córcią też tak było - dopiero w dniu porodu poczułam pierwsze bóle, wcześniej wszelkie skurcze przepowiadające, stawianie macicy itp mnie omijały, a przynajmniej byłam na nie nieczuła. Czy i tym razem też tak będzie - zobaczymy.
Co noc kładę się z lekkim kołataniem serca, zastanawiam się czy aby nie jest to TA noc, kiedy wszystko się zacznie. Boję się bardziej niż za pierwszym razem - wiem mniej więcej co mnie czeka i chociaż poród Matyldy był dość łatwy, jak na poród, to nie było to wydarzenie bezbolesne i nie jest tak, że mogłabym to robić codziennie. Więc czy to dziwne, że się denerwuję?
To, że za chwilę będę miała dwoje dzieci jest także przerażające w swojej cudowności... Jak ja dam sobie radę?
Igor ma się dobrze, leży sobie od dawna główką do dołu i choć jest mu już ciasno, sporo się rusza (o, nawet teraz masakruje mi pęcherz i szyjkę macicy...). Waży około 3,6 kg, co wczoraj odpowiadało dokładnie 39 t.c. Czyli nieźle, nie urósł za bardzo, a ja z moją posturą małego dzidziusia na tym etapie mieć nie mogę ;). Powinnam urodzić go bez problemu - to słowa mojego lekarza. Oby się sprawdziły.
Mój organizm powoli przygotowuje się do porodu, coś tam niby się dzieje, choć ja nic nie czuję. Ale z Córcią też tak było - dopiero w dniu porodu poczułam pierwsze bóle, wcześniej wszelkie skurcze przepowiadające, stawianie macicy itp mnie omijały, a przynajmniej byłam na nie nieczuła. Czy i tym razem też tak będzie - zobaczymy.
Co noc kładę się z lekkim kołataniem serca, zastanawiam się czy aby nie jest to TA noc, kiedy wszystko się zacznie. Boję się bardziej niż za pierwszym razem - wiem mniej więcej co mnie czeka i chociaż poród Matyldy był dość łatwy, jak na poród, to nie było to wydarzenie bezbolesne i nie jest tak, że mogłabym to robić codziennie. Więc czy to dziwne, że się denerwuję?
To, że za chwilę będę miała dwoje dzieci jest także przerażające w swojej cudowności... Jak ja dam sobie radę?
Na luzie z Mamą
Ale fajny, spokojny dzień dzisiaj miałyśmy. Matylda od rana była cudowna - dała mi pospać do 8:30, po mleku leżałyśmy sobie jeszcze w łóżku przez prawie godzinę, spędzając ten wolny czas na pogaduchach, przytulankach i rozśmieszankach. Uwielbiam takie powolne poranki, kiedy nic nas nie goni, nie ma tysiąca spraw do załatwienia, czy miejsc, w których musimy być. Tak rzadko się zdarzają, musiałam to wykorzystać, tym bardziej, że to ostatnie taki dni na jakiś czas... Wstałyśmy więc ze spokojem około 9:30, zjadłyśmy powolne śniadanie i ze spokojem przeszłyśmy do dalszego ciągu dnia.
Mąż co prawda spędzał cały dzisiejszy dzień na uczelni, ale przyjechała do nas moja Mama, a to zawsze dobrze mi robi. Oczywiście fizycznie za dużo mnie nie odciąża z powodu ręki w gipsie, ale już sama jej obecność obok poprawia mi nastrój i samopoczucie. Nie widziałyśmy się od trzech tygodni, więc stęskniłyśmy się wszystkie za sobą niezmiernie. Wiadomo, najmocniej Mama tęskniła za Madą, jak to babcia za jedyną wnusią... A wnusia nie omieszkała tego wykorzystać - zaciągała Babcię do zabawy we wszystko co się dało, na co Baba dawała się namówić. Było namiętne rysowanie, turlanie piłki po korytarzu, czytanie... Podejrzewam, że Baba będzie w nocy spała jak ten susełek ;).
Ja za to miałam dużo chwil wytchnienia, nawet obiadu nie robiłam, stwierdziłam, że zamówienie pizzy krzywdy nikomu nie zrobi. I rzeczywiście, wszyscy byli zadowoleni, a Matylda chyba najbardziej - począwszy od tego, że pan przyniósł mniam mniam do domu, a na otwieraniu pudeł i intensywnym badaniu pizzy skończywszy. Samo danie też nawet jej smakowało - wiem, nie jest to zbyt zdrowe i normalnie nie serwuję takich rzeczy mojej rodzinie, ale bez przesady, od jednej pizzy nasze zdrowie się chyba nie pogorszy.
I chyba dobrze się stało, że spędziłam ten dzień w taki leniwy sposób (choć spacer był oczywiście - obowiązkowo w taki dzień, gdy nie ma wielkiego mrozu, mega deszczu i wiatru), bo właśnie spojrzałam na moje stopy i... o matko!!!! gdzie moje kostki??????? Palce u rąk też jakieś takie parówkowe się zrobiły - kurka, ale napuchłam... No, to się chyba położę, nogi do góry muszą iść, koniecznie!
Mąż co prawda spędzał cały dzisiejszy dzień na uczelni, ale przyjechała do nas moja Mama, a to zawsze dobrze mi robi. Oczywiście fizycznie za dużo mnie nie odciąża z powodu ręki w gipsie, ale już sama jej obecność obok poprawia mi nastrój i samopoczucie. Nie widziałyśmy się od trzech tygodni, więc stęskniłyśmy się wszystkie za sobą niezmiernie. Wiadomo, najmocniej Mama tęskniła za Madą, jak to babcia za jedyną wnusią... A wnusia nie omieszkała tego wykorzystać - zaciągała Babcię do zabawy we wszystko co się dało, na co Baba dawała się namówić. Było namiętne rysowanie, turlanie piłki po korytarzu, czytanie... Podejrzewam, że Baba będzie w nocy spała jak ten susełek ;).
Ja za to miałam dużo chwil wytchnienia, nawet obiadu nie robiłam, stwierdziłam, że zamówienie pizzy krzywdy nikomu nie zrobi. I rzeczywiście, wszyscy byli zadowoleni, a Matylda chyba najbardziej - począwszy od tego, że pan przyniósł mniam mniam do domu, a na otwieraniu pudeł i intensywnym badaniu pizzy skończywszy. Samo danie też nawet jej smakowało - wiem, nie jest to zbyt zdrowe i normalnie nie serwuję takich rzeczy mojej rodzinie, ale bez przesady, od jednej pizzy nasze zdrowie się chyba nie pogorszy.
I chyba dobrze się stało, że spędziłam ten dzień w taki leniwy sposób (choć spacer był oczywiście - obowiązkowo w taki dzień, gdy nie ma wielkiego mrozu, mega deszczu i wiatru), bo właśnie spojrzałam na moje stopy i... o matko!!!! gdzie moje kostki??????? Palce u rąk też jakieś takie parówkowe się zrobiły - kurka, ale napuchłam... No, to się chyba położę, nogi do góry muszą iść, koniecznie!
23 lutego 2012
Cisza w eterze
Taaaa, cisza nastała... Ale jeszcze nie z powodu tego, że jesteśmy PO wiadomo czym, to tylko z powodu mojego złego samopoczucia i braku chęci i siły na cokolwiek. Ile razy zabrałam się za pisanie, z pustą głową rezygnowałam po jakimś czasie...
Mada ma się dobrze, zdrowotnie coraz lepiej, choć nadal jeszcze chrapie z nocy i nos ma zapchany. Pediatra podejrzewa przerośnięty trzeci migdał :/, w poniedziałek jedziemy (lub jadą) do laryngologa, zobaczymy, co powie.. Mam nadzieję, że to jednak jakaś beznadziejna przydługa infekcja, lub przeschnięte śluzówki - dzisiaj powietrze zrobiło się wilgotne i jakoś jakby lepiej było, ale może sobie tylko to wmawiam(?).
Poniżej - Matylda w czasie inhalacji. O dziwo - bardzo je lubi. Zapewne fakt, że zawsze włączamy jej przy tym bajkę nie ma z tym nic wspólnego ;). Ale jak inaczej zmusić dziecko do siedzenia i wdychania wilgotnego powietrza przez 10 minut i to dwa razy dziennie?
***
Po trzech tygodniach przerwy, z radością wróciła do klubu malucha. Nie wiem, kto się bardziej na to cieszył - ona czy ja, hehe. Chyba już obydwie mamy dosyć siedzenia w domu, tego duszenia się we własnym sosie.
Matylda uwielbia chodzić 'do dzici', zabranie jej stamtąd zajmuje mi średnio jakieś 15 minut, teraz, po przerwie - około pół godziny. Inne dzieci cieszą się na widok swoich matek w drzwiach; moja Córka - spojrzy, utwierdzi się w przekonaniu, że ja to ja, po czym spokojnie wraca do zabawy, układanki, tańca czy cokolwiek tam właśnie ma do roboty. Moje radosne wołanie o pójście do domu pozostaje bez echa, ewentualnie odpowie mu tubalny ryk 'Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!' No i z sali w końcu wynoszę ją siłą, na rękach, inaczej nie da rady. Wczoraj to nawet dwa razy mi jeszcze uciekła z powrotem na salę, w butach, w kurtce... Nie ma to jak siłować się z dwulatkiem, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży - chyba nic tak mi dobrze na kondycję nie robi...
Matylda podobno jest ewenementem w tej kwestii, jedynym dzieckiem, które nigdy tam w klubiku nie płakało za mamą, jedynym, które nie reaguje negatywnie na płacz innych dzieciaków. Ba, ona nawet potrafi rozweselać płaczące dzieciaki! W sumie to się cieszę, że to takie cygańskie dziecko, nie zniosłabym chyba jej płaczu przy zostawianiu jej z kimkolwiek innym. Oby jej to zostało, kiedy pójdzie do przedszkola, szkoły... Kiedy czasem we wrześniu z rana patrzę na mamy prowadzące płaczące trzylatki do przedszkoli to serce mi się kraje - te mamy nie mają wyboru, ale to cierpienie ich dzieci potrafi mnie fizycznie boleć. Mam nadzieję, że mnie to nie czeka, choć nigdy nie wiadomo.
***
No nic, późno się robi, idę się położyć. Kto wie, co mnie w nocy czeka, muszę być gotowa na wszystko.
***
Boję się trochę...
Mada ma się dobrze, zdrowotnie coraz lepiej, choć nadal jeszcze chrapie z nocy i nos ma zapchany. Pediatra podejrzewa przerośnięty trzeci migdał :/, w poniedziałek jedziemy (lub jadą) do laryngologa, zobaczymy, co powie.. Mam nadzieję, że to jednak jakaś beznadziejna przydługa infekcja, lub przeschnięte śluzówki - dzisiaj powietrze zrobiło się wilgotne i jakoś jakby lepiej było, ale może sobie tylko to wmawiam(?).
Poniżej - Matylda w czasie inhalacji. O dziwo - bardzo je lubi. Zapewne fakt, że zawsze włączamy jej przy tym bajkę nie ma z tym nic wspólnego ;). Ale jak inaczej zmusić dziecko do siedzenia i wdychania wilgotnego powietrza przez 10 minut i to dwa razy dziennie?
***
Po trzech tygodniach przerwy, z radością wróciła do klubu malucha. Nie wiem, kto się bardziej na to cieszył - ona czy ja, hehe. Chyba już obydwie mamy dosyć siedzenia w domu, tego duszenia się we własnym sosie.
Matylda uwielbia chodzić 'do dzici', zabranie jej stamtąd zajmuje mi średnio jakieś 15 minut, teraz, po przerwie - około pół godziny. Inne dzieci cieszą się na widok swoich matek w drzwiach; moja Córka - spojrzy, utwierdzi się w przekonaniu, że ja to ja, po czym spokojnie wraca do zabawy, układanki, tańca czy cokolwiek tam właśnie ma do roboty. Moje radosne wołanie o pójście do domu pozostaje bez echa, ewentualnie odpowie mu tubalny ryk 'Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!' No i z sali w końcu wynoszę ją siłą, na rękach, inaczej nie da rady. Wczoraj to nawet dwa razy mi jeszcze uciekła z powrotem na salę, w butach, w kurtce... Nie ma to jak siłować się z dwulatkiem, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży - chyba nic tak mi dobrze na kondycję nie robi...
Matylda podobno jest ewenementem w tej kwestii, jedynym dzieckiem, które nigdy tam w klubiku nie płakało za mamą, jedynym, które nie reaguje negatywnie na płacz innych dzieciaków. Ba, ona nawet potrafi rozweselać płaczące dzieciaki! W sumie to się cieszę, że to takie cygańskie dziecko, nie zniosłabym chyba jej płaczu przy zostawianiu jej z kimkolwiek innym. Oby jej to zostało, kiedy pójdzie do przedszkola, szkoły... Kiedy czasem we wrześniu z rana patrzę na mamy prowadzące płaczące trzylatki do przedszkoli to serce mi się kraje - te mamy nie mają wyboru, ale to cierpienie ich dzieci potrafi mnie fizycznie boleć. Mam nadzieję, że mnie to nie czeka, choć nigdy nie wiadomo.
***
No nic, późno się robi, idę się położyć. Kto wie, co mnie w nocy czeka, muszę być gotowa na wszystko.
***
Boję się trochę...
15 lutego 2012
Udało się!
Uwaga - uśpiłam właśnie małego szkraba! Pierwsza drzemka od nie wiem kiedy. co za szczęście, że jeszcze czasem się udaje! Zajęło mi to raptem godzinę, ale co tam, skutek się liczy w tym wypadku!
Dzisiaj się zawzięłam, bo Matylda znowu już od samej pobudki zmęczona się wydawała - naprawdę ona tych drzemek jeszcze potrzebuje! A my dzisiaj same do późna jesteśmy, bo Mąż wziął dodatkową robotę na wieczór i wróci nie wiadomo kiedy. Stwierdziłam więc, że cały dzień z marudzącym dzieckiem jest ponad moje siły, tym bardziej, że nie czuję się dziś najlepiej, brzuch mnie ciągnie (zastanawiam się nawet czy to już nie pierwsze, delikatne oznaki zbliżającego się porodu), na dworze wichura, że od samego patrzenia przez okno robi się człowiekowi zimno, więc na spacer dzisiaj nie idziemy i się zawzięłam na usypianie. Lekko nie było - sąsiedzi od poniedziałku sobie remont urządzili, więc tym bardziej jestem z siebie dumna, z Córci zresztą też.
Korzystając z tej jakże rzadkiej okazji, a także biorąc pod uwagę moje dzisiejsze samopoczucie, też idę się położyć!!! Co za fantastyczne uczucie.
Dzisiaj się zawzięłam, bo Matylda znowu już od samej pobudki zmęczona się wydawała - naprawdę ona tych drzemek jeszcze potrzebuje! A my dzisiaj same do późna jesteśmy, bo Mąż wziął dodatkową robotę na wieczór i wróci nie wiadomo kiedy. Stwierdziłam więc, że cały dzień z marudzącym dzieckiem jest ponad moje siły, tym bardziej, że nie czuję się dziś najlepiej, brzuch mnie ciągnie (zastanawiam się nawet czy to już nie pierwsze, delikatne oznaki zbliżającego się porodu), na dworze wichura, że od samego patrzenia przez okno robi się człowiekowi zimno, więc na spacer dzisiaj nie idziemy i się zawzięłam na usypianie. Lekko nie było - sąsiedzi od poniedziałku sobie remont urządzili, więc tym bardziej jestem z siebie dumna, z Córci zresztą też.
Korzystając z tej jakże rzadkiej okazji, a także biorąc pod uwagę moje dzisiejsze samopoczucie, też idę się położyć!!! Co za fantastyczne uczucie.
13 lutego 2012
Dzień na NIE
Dzisiaj był kolejny ciężki dzień - weekend był dość intensywny - zakupy (trzeba było wykorzystać weekendową obecność Tatusia w domu!), wizyta Babci, wczoraj spacer, wycieczka z Tatą samochodem i kolejne zakupy oraz wizyta Jagody i wujka Marcina, którzy spontanicznie nas wczoraj odwiedzili. Jagoda jest starsza od Matyldy o jakieś półtora roku, ale muszę przyznać, że świetnie się dziewczyny dogadywały - w ogóle nas, czyli dorosłych nie potrzebowały, wszystkie 'konflikty' rozwiązywały same, między sobą. Fajnie.
Tu dziewczyny budują domy:
Tu dziewczyny budują domy:
Matylda z powodu swojego niekończącego się kataru, od ponad dwóch tygodni nie miała bezpośredniego kontaktu z dziećmi, więc spotkanie z Jagodą dostarczyło jej wielu wrażeń, skutkiem czego późno poszła spać, a dzisiaj obudziła się zmęczona, marudna i wredna. Wszystko było nie tak. Śniadanie - ble! Na spacerze - źle, bo zimno, śnieg, bo odmówiłam pójścia do sklepu, a na koniec, bo trzeba iść do domu... Około południa ledwo patrzyła na oczy, ale po godzinie usypiania nadzieja na drzemkę ostatecznie prysła. Bo po co ucinać sobie drzemkę w środku dnia?!?
Doszłam ostatnio do wniosku, że to ten jej wstręt do spania w dzień jest powodem wszelkich problemów, jakie mamy z Matyldą . Ona jeszcze tych drzemek potrzebuje, ale jak ją do nich przekonać???
Na końcówce
Jestem ostatnio tak zmęczona, że nie mam siły myśleć, co napisać, nie mówiąc już o wprowadzeniu pisania w życie. Chyba ta końcówka ciąży naprawdę mi ciąży... Ale jeszcze tylko trochę, parę dni, może tygodni. Potem zapewne będę tęsknić do tych ciążowych dolegliwości, bo są one ceną za ciszę ;).
Mada jest bezlitosna - nie daje mi usiąść na pięć minut, a nawet jeśli już uda mi się posadzić cztery litery np. na kanapie, w mgnieniu oka M przybiega, żeby się przytulić, a raczej powinnam napisać, uwala się na mnie całą sobą. O jakimkolwiekk relaksie mogę zapomnieć, bo muszę pilnować brzucha, który staje się wdzięcznym przedmiotem tych pieszczotliwych ataków. A Młoda już piórkiem od dawna nie jest, jak się położy na mnie te 12,5 kg to... no ciężko jest po prostu. Miłe są te przytulanki, cieszę się, że tak mi Córcia miłość okazuje, ale w tej chwili męczą mnie one z lekka.
11 lutego 2012
Odrobina przyjemności
Prawdopodobnie ostatni wypad do kina, ostatni przed pojawieniem się I czyli na dłużej nieokreślony czas, mam zaliczony. "Dziewczyna z tatuażem" mnie nie zawiodła, mimo wprowadzenia paru zmian w scenariuszu w stosunku do książkowego pierwowzoru.
Mada za to pysznie bawiła się z Babcią G., pod opieką której na wieczór została. Babcia też bardzo zadowolona, podobno M była prze-kochana.
Dla mnie sam wieczór przyjemny bardzo, zawsze tak jest, kiedy spędzam trochę czasu bez mojego Małego Szczęścia. Spędzamy ostatnio razem z Córcią tyle czasu, że każdej z nas dobrze robi taka rozłąka, chwila oddechu od siebie nawzajem. To konieczne, żeby nie zwariować!
Mada za to pysznie bawiła się z Babcią G., pod opieką której na wieczór została. Babcia też bardzo zadowolona, podobno M była prze-kochana.
Dla mnie sam wieczór przyjemny bardzo, zawsze tak jest, kiedy spędzam trochę czasu bez mojego Małego Szczęścia. Spędzamy ostatnio razem z Córcią tyle czasu, że każdej z nas dobrze robi taka rozłąka, chwila oddechu od siebie nawzajem. To konieczne, żeby nie zwariować!
5 lutego 2012
Nasza czytelnia
Do niedawna Matyldzia nie przepadała za czytaniem książek - nie potrafiła skupić na nich uwagi wystarczająco długo, dawaliśmy radę przeczytać najwyżej jedno zdanie i już jej nie było. Ku mojej radości wszystko się zmieniło jakies 2-3 miesiące temu, po prostu któregoś dnia ni stąd ni zowąd nakazała sobie czytać! I tak już zostało. Obecnie, w związku z pogodą (mróż jest zbyt duży na spacery) oraz chorobami, które nas ostatnio nie oszczędzają, codzienne czytanie, oprócz tego obowiązkowego wieczornego, stało się już naszą tradycją.
A oto i lista Matyldowych ulubionych pozycji:
Królową książek Matyldy jest niepodzielnie 'Miś Uszatek' Czesława Janczarskiego. Oczywiście przeczytałyśmy już wszystkie historie wzdłuż i wszerz - teraz Mada ma już swoje ulubione czytanki, które najchętnej życzyłaby sobie czytać nawet po kilka razy dziennie. Niektóre, np. 'Ciasto ucieka', będę już niedługo znała na pamięć, nie zanam jeszcze chyba tylko dlatego, że mam ciążowe niedotlenienie mózgu. Jest to o tyle niezwykłe, że ja w dzieciństwie też zamęczałam Mamę czytaniem historii o misiu z opuszczonym uszkiem. Matylda miłość do Uszatka odziedziczyła więc w genach!
Czesław Janczarski "Miś uszatek", Nasza Księgarnia
Drugim ulubionym bohaterem naszej Córci wydaje się być Tupcio Chrupcio, uczący swoją młodszą siostrę Mysię korzystania z nocnika. Kupiłam tę książkę już jakiś czas temu, w wiadomym celu. Cel, póki co nie został osiągnięty (ale o tym to może innym razem), ale książeczka co dzień czytana być musi ;). Może kiedyś pomoże nam w przekonaniu Mady do dorosłego sposobu załatwiania swoich potrzeb.
Eliza Piotrowska "Tupcio Chrupcio. Żegnaj pieluszko", wydawnictwo Wilga
Kolejne dwie książeczki są w zasadzie czytane przez samą Matyldę. Nie, nie mówi ona jeszcze pełnymi zdaniami, ale bardzo lubi je oglądać i gadać przy ilustracjach po swojemu - mimo, że coraz więcej powtarza 'normalnych' słow, Mada nadal mówi często w sobie tylko znanym języku, który mi przypomina swoistą mieszankę chińskiego z domieszką koreańskiego. Przy tych dwóch kartonowych pozycjach ja za dużo do czytania nie mam, ale ona ma do opowiadania na pół dnia ;).
Katarzyna Dmowska "Heidi", Wydawnictwo Olejesiuk
Emilie Beaumont, Nathalie Belineau "Morze", tłum. Zuzanna Aplecionek,
seria Obrazki dla maluchów, Wydawnictwo Olejesiuk
2 lutego 2012
Matka i córka czyli chora i chorsza
Nie ma to jak zarazić się jakimś wrednym wirusem od własnej Córki! Tak, teraz Matylda wychodzi już na prostą, a ja ledwo dycham!
Nowe choróbsko Mady okazało się na szczęście 'tylko' wirusówką, obyło się więc bez propozycji antybiotyków; na szczęście, bo przecież dopiero co skończyła jedną antybiotykoterapię z racji zapalenia nerek. Wirusówka sama w sobie nie jest groźna, tylko mega wredna - zapchany nos, teraz wielce cieknący katar oznaczają problemy z oddychaniem, a dla mnie - nieprzespane noce.
Na czas choroby wzięłam Małą do siebie do łóżka, Tata został eksmitowany do salonu na sofkę. Mam ją więc blisko siebie, mogę szybko reagować na wszelkie chorobowe potrzeby, ale i tak nie jest łatwo. Wczoraj spałam może z półtorej godziny - po prostu rewelka, żyć nie umierać. Co dziwne, Mada nie ma większych problemów ze spaniem - jej przerywane oddechy, świszczące, chrapanie wcale jej nie przeszkadzają, mnie za to doprowadzają do palpitacji serca. A do tego, skoro ona przesypia noce, ja o odzyskaniu straconego snu w dzień mogę tylko pomarzyć, drzemek mi ma (jak to rzecze moja Córka na nie ma). Oczy więc podpieram zapałkami, i od rana do wieczora marzę o końcu dnia, tygodnia, tej choroby...
Jakoś dam radę, ale jest bardzo ciężko, bo sama jestem - Mąż do późna w pracy, w weekend w szkole, nocki są w zasadzie moim dyżurem. I do tego ciąża - to już końcówka i jestem z lekka ociężała, delikatnie mówiąc - samo to powoduje, że opieka nad chorą dwulatką sprawia mi problem. A teraz na dodatek sama katarzę...
Rety, zaczęło jej spływać, kaszle jak szalona... Kolejna fantastyczna noc przede mną. Od niedzieli co rano myślę sobie, że następna noc już będzie lepsza, a ta jak na złość nie chce przyjść. Nic, idę spać, tzn położyć się obok Dziuby, wyboru nie ma...
30 stycznia 2012
On czyli idzie nowe
Jak wszystkie kalendarze wskazują, od piątku pozostało mi już tylko pięć tygodni do terminu porodu. Auć, to już naprawdę niedługo, trudno mi w to uwierzyć. Tak niedawno przecież zrobiłam test, na którym, trochę niespodziewanie zobaczyłam te dwie kreseczki, a tu już końcówka. Przecież TO nawet może wydarzyć się wcześniej! Już za tydzień, dwa!
A ja w ogóle jestem nieprzygotowana... Ciąża z drugim dzieckiem to zupełnie inne podejście niż pierwsza. W ciąży z Matyldą ciągle o tym co mnie czeka rozmyślałam, wyobrażałam sobie jak to będzie, gdy już ten słodki bobas (bo co do tego, że słodki będzie, wątpliwości nie miałam) na dobre pojawi się w naszym życiu, jak będziemy go/ją kochać, bawić się itd. Dziecko i ciąża, mimo, że pracowałam zawodowo, opanowały moje myśli na całe dziewięć miesięcy. A teraz? Hmmm, to nie tak, że w ogóle nie myślę o dziecku, bo myślę całkiem sporo, ale nie jest to już tak intensywne. Nie mam już chyba tyle czasu na myślenie - Matylda jest bezlitosna, jeśli chodzi o dawanie matce świętego spokoju, a poza tym wiem mniej więcej co mnie czeka, tzn, doświadczyłam trudnej opieki nad trudnym noworodkiem i zdaję sobie sprawę z tego, że lekko nie będzie. I chyba jestem tym z lekka przerażona.
Tym niemniej kocham mojego synka, od kiedy wiem, że istnieje. I nie mogę się już doczekać naszego spotkania. Bo to chłopak będzie! Wiem o tym od 3 listopada - zdjęcie USG wg pani położnej, która je zrobiła, nie budziło wątpliwości, zresztą, ja swoim amatorskim okiem też widziałam wszystko 'jak na dłoni' ;). Od początku ciąży wiedziałam, tzn. czułam, że to On będzie, podobnie jak przy M czułam, że noszę pod sercem dziewczynkę. Nie wiem, jakiś szósty zmysł mi się w tej kwestii wlączył. Mój Mały będzie miał na imię Igor.
Igor już w fazie bytności w brzuchu pokazuje, że jest zupełnie inną jednostką niż jego siostra. Jest znacznie bardziej ruchliwy i dużo silniejszy. Mada nigdy nie kopała tak mocno i dużo, choć też nie była leniuszkiem. Kopniaki Igora od dawna powodują moje syki i jęki, i mimo, że ma tam w środku coraz mniej miejsca, siła jego ruchów nie zmniejsza się. Nie jest też tak wrażliwy na chodzenie jak Matylda - jej przy chodzeniu prawie w ogóle nie czułam, spała; Igor za to nieraz powoduje, że muszę przystanąć na spacerze, bo ból od kopniaka jest nie do zniesienia, taki mnie prąd przechodzi. Cieszę się z tych ruchów, bo to poprzez nie Igor mówi mi, że ma się dobrze, że wszystko w porządku, że nie muszę się o niego martwić. Czasem jednak dają mi w kość, szczególnie w nocy, gdy chciałabym sobie pospać, a tu mojemu Maleństwu w brzusiu włącza się tryb piłkarza - i nocka w jakiejś części z głowy.
Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie, z wyglądu i charakteru. Czy będzie męską wersją Matyldy, czy też zupełnie inną mieszanką genów moich i Męża? Czy będzie takim wymagającym i od początku mega towarzyskim człowiekiem jak jego Siostra, czy też będzie noworodkiem-aniołem, który tylko je i śpi? Jak szybko załapie o co chodzi w ssaniu piersi? Tyle tych niewiadomych, które z czasem jedna po drugiej zaczną się ujawniać. Nie mogę się doczekać tego odkrywania jego osobowości, to chyba najbardziej ekscytujące w byciu rodzicem.
A póki co, czeka mnie jeszcze mnóstwo prania, prasowania, układania... no i torbę do szpitala trzeba by spakować. I pewnie jeszcze cała masa innych rzeczy, do których nie mam w ogóle głowy. Śmieszne to, że przy Matyldzie, już od dawna wszystko miałam przemyślane i pamiętam, że szczerze dziwiły mnie ciężarne-po-raz-kolejny, które przyznawały, że są daleko w tyle z przygotowaniami do przyjścia kolejnego potomka na świat, mimo, iż zostało im tylko kilka tygodni do rozwiązania. Teraz sama mam takie podejście. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia.
Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie, z wyglądu i charakteru. Czy będzie męską wersją Matyldy, czy też zupełnie inną mieszanką genów moich i Męża? Czy będzie takim wymagającym i od początku mega towarzyskim człowiekiem jak jego Siostra, czy też będzie noworodkiem-aniołem, który tylko je i śpi? Jak szybko załapie o co chodzi w ssaniu piersi? Tyle tych niewiadomych, które z czasem jedna po drugiej zaczną się ujawniać. Nie mogę się doczekać tego odkrywania jego osobowości, to chyba najbardziej ekscytujące w byciu rodzicem.
A póki co, czeka mnie jeszcze mnóstwo prania, prasowania, układania... no i torbę do szpitala trzeba by spakować. I pewnie jeszcze cała masa innych rzeczy, do których nie mam w ogóle głowy. Śmieszne to, że przy Matyldzie, już od dawna wszystko miałam przemyślane i pamiętam, że szczerze dziwiły mnie ciężarne-po-raz-kolejny, które przyznawały, że są daleko w tyle z przygotowaniami do przyjścia kolejnego potomka na świat, mimo, iż zostało im tylko kilka tygodni do rozwiązania. Teraz sama mam takie podejście. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia.
29 stycznia 2012
Chora...
Chyba znowu coś Matyldę bierze - od nocy ma zapchany nos (co dziwne, nic się z niego nie chce wydostać) i lekko podwyższoną temperaturę. Co się z nią dzieje? Znowu będzie chora? Przecież dopiero co wyzdrowiała! Ile jeszcze tych chorób nas czeka w najbliższym czasie????
Czuję się przybita. Zastanawiam się co robię źle, że moje dziecko ostatnio takie chorowite. Ech...
Czuję się przybita. Zastanawiam się co robię źle, że moje dziecko ostatnio takie chorowite. Ech...
28 stycznia 2012
Dwa lata!
Dziś moja najukochańsza Matylda kończy dwa lata!
Dzień za dniem niby się dłuży, ale teraz nie wiem, kiedy ten czas minął?
Córeczko - wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Przede wszystkim zdrowia, bo kiedy ono będzie, ze wszystkim sobie dasz radę. Szczęścia, bo ono w życiu bardzo pomaga. Radości i uśmiechu, z nimi będzie Ci raźniej, raźniej też będzie innym ludziom z Tobą, jeśli będziesz emanować tymi pozytywnymi promykami. A ponad wszystko życzę Ci, żebyś otaczała się ludźmi, którzy będą Cię kochać, mnóstwa miłości kochanie!
Dziękuję Ci za ten cały czas, który do tej pory razem spędziłyśmy, za te wszystkie uśmiechy, piski, przytulenia, którymi obdarzasz mnie co dzień. Kocham Cię Córciu! Mama.
Dzień za dniem niby się dłuży, ale teraz nie wiem, kiedy ten czas minął?
Córeczko - wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Przede wszystkim zdrowia, bo kiedy ono będzie, ze wszystkim sobie dasz radę. Szczęścia, bo ono w życiu bardzo pomaga. Radości i uśmiechu, z nimi będzie Ci raźniej, raźniej też będzie innym ludziom z Tobą, jeśli będziesz emanować tymi pozytywnymi promykami. A ponad wszystko życzę Ci, żebyś otaczała się ludźmi, którzy będą Cię kochać, mnóstwa miłości kochanie!
Dziękuję Ci za ten cały czas, który do tej pory razem spędziłyśmy, za te wszystkie uśmiechy, piski, przytulenia, którymi obdarzasz mnie co dzień. Kocham Cię Córciu! Mama.
22 stycznia 2012
Spokojny weekend
Od wczoraj jesteśmy z Matyldą w rozjazdach - mąż na uczelni (studiować mu się akurat w tym roku zachciało, ech...), a my z wiadomych przyczyn Babcie i Dziadka musimy odwiedzić.
Niestety moja kochana Mama sama sobie niezbyt fortunny prezent na ten swój, od niedawna obchodzony dzień, zafundowała - w piątek się przewróciła i złamała prawą rękę w nadgarstku... Wczoraj, jak tam byłyśmy, było mi jej strasznie żal, bo cała jest poobijana strasznie, na szczęście poza tą nieszczęsną ręką nic już innego jej się nie stało. Rozpaczała biedna, że nie może się z wnusią pobawić, ale myślę, że Matylda samą swoją obecnością i wszechobecnym szczebiotaniem, humor nieco poprawiła, bo na Dziadków to ona niczym balsam działa, ta moja Córcia kochana.
A dziś u Teściów siedzimy, w domu niestety, bo pogoda w ogóle na żadne spacery się nie nadaje. Matylda jednak zadowolona, ona uwielbia wizyty wszelkiego rodzaju, gdy jest dużo ludzi i dużo się dzieje, są psy i ogólnie swobodna, rodzinna atmosfera. Nawet za bardzo na telewizję nie jest dziś napalona, a to znak, że naprawdę jej się nie nudzi. Ja za to mam okazję troszkę odpocząć, bo wszelkiego rodzaju wycieczki po domu, zabawy czy sprawy związane z toaletą to dziś domena Babci.
Weekend więc bez jakiś większych wrażeń, przynajmniej dla nas, ale miły.
Niestety moja kochana Mama sama sobie niezbyt fortunny prezent na ten swój, od niedawna obchodzony dzień, zafundowała - w piątek się przewróciła i złamała prawą rękę w nadgarstku... Wczoraj, jak tam byłyśmy, było mi jej strasznie żal, bo cała jest poobijana strasznie, na szczęście poza tą nieszczęsną ręką nic już innego jej się nie stało. Rozpaczała biedna, że nie może się z wnusią pobawić, ale myślę, że Matylda samą swoją obecnością i wszechobecnym szczebiotaniem, humor nieco poprawiła, bo na Dziadków to ona niczym balsam działa, ta moja Córcia kochana.
A dziś u Teściów siedzimy, w domu niestety, bo pogoda w ogóle na żadne spacery się nie nadaje. Matylda jednak zadowolona, ona uwielbia wizyty wszelkiego rodzaju, gdy jest dużo ludzi i dużo się dzieje, są psy i ogólnie swobodna, rodzinna atmosfera. Nawet za bardzo na telewizję nie jest dziś napalona, a to znak, że naprawdę jej się nie nudzi. Ja za to mam okazję troszkę odpocząć, bo wszelkiego rodzaju wycieczki po domu, zabawy czy sprawy związane z toaletą to dziś domena Babci.
Weekend więc bez jakiś większych wrażeń, przynajmniej dla nas, ale miły.
18 stycznia 2012
Dziś...
...są moje urodziny. Kolejna cyfra do metryki dodana, znowu do emerytury bliżej, no cóż.
Dzień zapowiadał się ciężko, po bardzo ciężkiej nocy - dosć powiedzieć, żę skutkiem tego zaspałyśmy na zajęcia w Matyldowym klubiku o 9:00...
Na dodatek w południe mąż zadzwonił, że musi w pracy dłużej powiedzieć, bo ma spotkanie z klientem po godzinach - myślę sobie - to już nawet nie jest dzień jak co dzień - to po prostu kpina takie urodziny! I tu - niespodzianka! - po południu przyjechała moja szwagierka z chłopakiem, z torcikiem (pysznym nota bene), pobawili się z Dziubą itd. W końcu wrócił Mąż i... kazał mi się szybko przebierać (fakt, mój strój mozna było określić mianem mało wizytowego, delikatnie mówiąc), bo jedziemy do restauracji! Taki to organizator z niego wyszedł!
I było bardzo smacznie, romantycznie i miło. Zrelaksowałam się, bardzo takiego wyjścia potrzebowałam. Dziękuję ci Mężu mój kochany!
***
A po powrocie mimo późnej pory, czekała na nas wykąpana, uśmiechnięta i przeszczęśliwa z powodu gości i naszego widoku Córeczka! Mała godzinka z hakiem i w końcu zasnęła. Ale w takie wieczory, to długie usypianie nie męczy, no prawie... ;)
Dzień zapowiadał się ciężko, po bardzo ciężkiej nocy - dosć powiedzieć, żę skutkiem tego zaspałyśmy na zajęcia w Matyldowym klubiku o 9:00...
Na dodatek w południe mąż zadzwonił, że musi w pracy dłużej powiedzieć, bo ma spotkanie z klientem po godzinach - myślę sobie - to już nawet nie jest dzień jak co dzień - to po prostu kpina takie urodziny! I tu - niespodzianka! - po południu przyjechała moja szwagierka z chłopakiem, z torcikiem (pysznym nota bene), pobawili się z Dziubą itd. W końcu wrócił Mąż i... kazał mi się szybko przebierać (fakt, mój strój mozna było określić mianem mało wizytowego, delikatnie mówiąc), bo jedziemy do restauracji! Taki to organizator z niego wyszedł!
I było bardzo smacznie, romantycznie i miło. Zrelaksowałam się, bardzo takiego wyjścia potrzebowałam. Dziękuję ci Mężu mój kochany!
***
A po powrocie mimo późnej pory, czekała na nas wykąpana, uśmiechnięta i przeszczęśliwa z powodu gości i naszego widoku Córeczka! Mała godzinka z hakiem i w końcu zasnęła. Ale w takie wieczory, to długie usypianie nie męczy, no prawie... ;)
17 stycznia 2012
Śniegowo
Dziś po raz pierwszy moje Dziecię stanęło na śniegu. W nocy porządnie napadało, więc ochoczo wyszłyśmy na spacer. Niestety, u nas temperatura dodatnia, więc wszystko topnieje, ale udało się nam chociaż trochę tego sniegu zaliczyć.
Matyldzia była jednak średnio tym mokrym śniegiem zainteresowana - bardziej ciągnęło ją do kałuży, he he.
Matyldzia była jednak średnio tym mokrym śniegiem zainteresowana - bardziej ciągnęło ją do kałuży, he he.
A tu jeszcze na koniec - my dwie:
16 stycznia 2012
Posprzątała
Przed jakimiś dziesięcioma minutami wydarzyła się rzecz bez precedensu.
Matylda po kąpieli, w piżamie, stoi pode mną i czeka na mleko - woda się dopiero gotuje. Bez większej nadziei na posłuch proszę ją, żeby posprzątała jeszcze wszystkie kredki i pisaki, które wcześniej porozrzucała po całym dużym pokoju. Obecnie normalna reakcja na taką prośbę to oczywiście NIE!, i tu spotyka mnie niespodzianka - Matylda... bierze pudełko i zaczyna wkładać do niego wszystkie pisaki i kredki leżące na dywanie!!! Brak mi słów, w takim szoku jestem, wołam po cichu M, żeby był świadkiem, jaka ta nasza Córka porządna, oboje nie wierzymy własnym oczom.
Posprzątała wszystko. Bo porządek musi być ;). Jak skończyła, kazała sobie bić Blavo!!!, taka była z siebie zadowolona - i słusznie!
Teraz zasypia w swoim łóżku. Sama! Kochana jest ta moja Dziubka.
Matylda po kąpieli, w piżamie, stoi pode mną i czeka na mleko - woda się dopiero gotuje. Bez większej nadziei na posłuch proszę ją, żeby posprzątała jeszcze wszystkie kredki i pisaki, które wcześniej porozrzucała po całym dużym pokoju. Obecnie normalna reakcja na taką prośbę to oczywiście NIE!, i tu spotyka mnie niespodzianka - Matylda... bierze pudełko i zaczyna wkładać do niego wszystkie pisaki i kredki leżące na dywanie!!! Brak mi słów, w takim szoku jestem, wołam po cichu M, żeby był świadkiem, jaka ta nasza Córka porządna, oboje nie wierzymy własnym oczom.
Posprzątała wszystko. Bo porządek musi być ;). Jak skończyła, kazała sobie bić Blavo!!!, taka była z siebie zadowolona - i słusznie!
Teraz zasypia w swoim łóżku. Sama! Kochana jest ta moja Dziubka.
15 stycznia 2012
Nie-popychadło
Kontynuując moje wczorajsze wywody to niestety przesadziłam z tym śniegiem - napadało tyle co kot napłakał, więc o spacerku w śniegu nie było mowy. Ale wybrałyśmy się na kawkę do mojej przyjaciółki I, której synek Kacper i Matylda bardzo się lubią. Wizyta ta pokazała mi po raz kolejny, że Matylda jeszcze nie raz mnie zaskoczy (niby to wiem, ale wszelkie nowości są dla mnie nadal ciekawe i warte wspomnienia).
Otóż moje dziecię, jeszcze do niedawna będące największym popychadłem na placu zabaw, nie potrafiące walczyć o swoje, wykazało dziś kilka wręcz przeciwnych zachowań w stosunku do Kacpra - zabierała mu zabawki, których już za nic nie chciała oddać, odepchnęła go kilka razy od siebie, nie mocno, ale bardzo wyraźnie dając do zrozumienia, że ma się od niej odczepić... Nie było tego dużo, generalnie bardzo ładnie się Matylda z Kacprem bawiła, razem i osobno, było dużo śmiechu, nawet tańce wspólne były, ale te kilka 'odchyleń od normy' zwróciło moją uwagę.
Zastanawiam się oczywiście, skąd jej się to wzięło. Zaobserwowała w klubiku? Czy samo przyszło do jej główki? I to dwa dni po tym, jak pani w klubiku chwaliła ją za niesamowitą opiekuńczość w stosunku do innych dzieci, zwłaszcza kolegi Ksawerego,najmłodszego i najmniejszego w grupie. Zastanawiające... W sumie pierwszy raz widziałam ją w takiej akcji i powiem szczerze, że do końca nie wiedziałam jak zareagować. Bo czy to mogła być tylko taka nowa zabawa, testowanie mojej reakcji czy też jakieś zachowanie wynikające z głębszej przyczyny? Oczywiście od razu powiedziałam jej, że tak nie wolno, że nie zabiera się innym dzieciom zabawek, że się ich nie odpycha itp. I mam szczerą nadzieję, że się takie zachowanie za często nie będzie się powtarzać.
14 stycznia 2012
Zima przyszła!
Nareszcie! Doczekałam się! Zrobiło się naprawdę zimno, mróz na dworze w oczy szczypie i spadł śnieg! Koniec tej ohydnej łagodnej 'zimy', której nie znoszę. Miałam takową przez sześć lat pobytu na Wyspie i wystarczy, dziękuję. Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż kilka miesięcy szarugi, wiatru, ciemnych chmur i deszczu - to wszystko powodowało, że zawsze w marcu byłam już psychicznie wykończona tą pogodą. Prawdziwa zima jest mi potrzebna, regeneruje mnie!
Jak dobrze pójdzie, Matylda zaliczy jutro swój pierwszy spacer na śniegu - rok temu zimą jeszcze nie chodziła pieszo po śniegu - samodzielnie potuptała dopiero pod koniec lutego; mimo, że śniegu jeszcze było pod dostatkiem to na dworze nie chodziła, bo... nie miała odpowiedniego obuwia ;). A szczerze mówiąc szkoda mi było wydawać pieniądze na kozaki, które miały posłużyć raptem dwa tygodnie (wiem, wyrodna matka ze mnie...).
Łeeeee, właśnie zdałam sobie sprawę, że nie wzięłam aparatu fotograficznego do Mamy, gdzie spędzamy z Madą weekend... Co za guła ze mnie jest!
Jak dobrze pójdzie, Matylda zaliczy jutro swój pierwszy spacer na śniegu - rok temu zimą jeszcze nie chodziła pieszo po śniegu - samodzielnie potuptała dopiero pod koniec lutego; mimo, że śniegu jeszcze było pod dostatkiem to na dworze nie chodziła, bo... nie miała odpowiedniego obuwia ;). A szczerze mówiąc szkoda mi było wydawać pieniądze na kozaki, które miały posłużyć raptem dwa tygodnie (wiem, wyrodna matka ze mnie...).
Łeeeee, właśnie zdałam sobie sprawę, że nie wzięłam aparatu fotograficznego do Mamy, gdzie spędzamy z Madą weekend... Co za guła ze mnie jest!
11 stycznia 2012
Anioł!
Uwaga! Wszystko, co napisałam ostatnio, cały poprzedni post, po ostatnich dwóch dniach odwołuję!!! Od wczoraj moja Córcia jest... no aniołem jest po prostu.
Wczoraj rano nic tej zmiany nie zapowiadało, Matylda obudziła się o 5:00 i ciężko jej wrócić do snu. Oczywiście to ja musiałam przy niej siedzieć i próbować ją uśpić z powrotem, Mąż, ku memu niekończącemu się zdumieniu, jest ciężko głuchy na jej jęki w nocy. Kiedy wybiła 6:15 stwierdziłam, że trudno - wstajemy, tym bardziej, że o 7:00 i tak wstać było trzeba, bo zaplanowaną mieliśmy zabawę w łapanie siuśków Matyldy do pojemnika na badanie moczu. Trzeba było zrobić posiew, więc o żadnych woreczkach czy siusianiu do wyparzonego nocnika mowy nie było w tym przypadku*. Jeśli ktoś myśli, że takie łapanie siuśków od dziecka, które wyraźnie nie ma ochoty na siusianie w powetrzu i potrafi wstrzymywać swoje potrzeby jest fajne i proste, nie miał do czynienia z Matyldą. Zajęło nam to, bagatela, jedynie półtorej godziny (czytaj - półtora długiego odcinka Teletubisiów) w pozycjach: mąż na kanapie trzyma Madę w pozycji siedzącej z pupą zwisającą nad miską, ja na podłodze przodem do nich wpatrująca się intensywnie Córci między nogi lub przy wyprostowywaniu się intensywnie nasłuchująca odgłosu siuśków odbijających się od miski. No czad po prostu! Udało się nam dopiero, kiedy Mada naprawdę się zdenerwowała, musiała w końcu ścierpnąć i zaczęliśmy jej tłumaczyć, że niestety będzie tak wisiała dopóki nie zrobi porządnego siusiu. Zrozumiała.
Reszta poranku była jeszcze ciężka, ja zmęczona, obolała, funkcjonowałam na zwolnionych obrotach, zanim się ogarnęłam, było już po 11:00 i stwierdziłam, że biorąc pod uwagę to jak krótko Matylda spała (raptem 7 godzin), nie ma sensu wychodzić już na spacer, bo Córcia powinna się niedługo robić senna. O 12:00 była już nie do zniesienia i... poszła spać! To warto napisać, bo Mada przestała drzemać w zasadzie przed trzema miesiącami. Więc ta jej wczorajsza drzemka była cudnym prezentem. Spała przez trzy godziny, w ciągu których ja: wyspałam się, zrobiłam obiad, poczytałam książkę wyciągnięta na kanapie. Rewelacja!
I wszystko co dobre od tego się zaczęło! Matylda obudziła się w świetnym humorze, zjadła cały obiad (z dokładką), była wesoła, tańcząca, gadająca i zachwycona wszystkim, co ją otacza. Jak dawno tego nie doświadczyliśmy! Wieczorem zabraliśmy ją jeszcze na kontrolne badanie USG**, podczas którego nawet nie kwęknęła, a powiem więcej - zagadywała lekarza. Pan doktor był zszokowany, my też! My jeszcze szczęśliwi, że taki inny wieczór się nam zapowiada.
I nie zawiedliśmy się. Matylda po kąpieli... poszła sama do swojego łóżeczka, a po tatusiowym czytaniu, spokojnie w nim została i sama zasnęła. Nie było płaczu, wychodzenia, wołania nas, sprawdzania, nic. No anioł po prostu, jak już pisałam. Z Mężem oczy przecieraliśmy ze zdumienia.
Dzisiaj też miły dzień miałyśmy. Rano klubik malucha (Mada uwielbia tam chodzić), potem spacer - wiatr wiał co prawda niemiłosiernie, ale było sucho, więc wybrałyśmy się na plac zabaw, gdzie Matylda przez około 30 min bawiła się na zjeżdżalni. Nie ma się co dziwić, sama nie pamiętam już kiedy ostatnio się tam bawiła. Mnie było bardzo zimno, ale ona tak się na tym placu cieszyła, że nie miałam serca jej stamtąd zabierać. W domu znalazłyśmy się dopiero, gdy zgłodniała.
Cała reszta dnia to już z górki poleciała. Nic się w zasadzie nie wydarzyło, było po prostu miło, ciepło, przytulaśno, śmiesznie itp. Byłyśmy szczęśliwymi, kochającymi się matką i córką. kiedy dołączył do nas Tatuś, pojawiły się jeszcze piski i kwiki szczęścia, śmiechów i hihów nie było końca - Tatuś bardziej rozrywkowy jest.
Takie wieczory to balsam na mą duszę. Kocham mieć taką rodzinę. Niczego mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba. Oby jak najwięcej takich dni!
***
*Siusianie Mady to odrębna historia, na pewno kiedyś do niej wrócę, bo jest to temat, który mnie nurtuje już od jakiegoś czasu...
**Matylda tuż przed Świętami przechodziła ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek, którego leczenie zakończyło się dopiero tydzień temu - w tym tygodniu musieliśmy skontrolować czy poskutkowało. Wyniki są rewelacyjne na ten moment - zero bakterii w moczu i nerki wracające do normy! Uff...
Wczoraj rano nic tej zmiany nie zapowiadało, Matylda obudziła się o 5:00 i ciężko jej wrócić do snu. Oczywiście to ja musiałam przy niej siedzieć i próbować ją uśpić z powrotem, Mąż, ku memu niekończącemu się zdumieniu, jest ciężko głuchy na jej jęki w nocy. Kiedy wybiła 6:15 stwierdziłam, że trudno - wstajemy, tym bardziej, że o 7:00 i tak wstać było trzeba, bo zaplanowaną mieliśmy zabawę w łapanie siuśków Matyldy do pojemnika na badanie moczu. Trzeba było zrobić posiew, więc o żadnych woreczkach czy siusianiu do wyparzonego nocnika mowy nie było w tym przypadku*. Jeśli ktoś myśli, że takie łapanie siuśków od dziecka, które wyraźnie nie ma ochoty na siusianie w powetrzu i potrafi wstrzymywać swoje potrzeby jest fajne i proste, nie miał do czynienia z Matyldą. Zajęło nam to, bagatela, jedynie półtorej godziny (czytaj - półtora długiego odcinka Teletubisiów) w pozycjach: mąż na kanapie trzyma Madę w pozycji siedzącej z pupą zwisającą nad miską, ja na podłodze przodem do nich wpatrująca się intensywnie Córci między nogi lub przy wyprostowywaniu się intensywnie nasłuchująca odgłosu siuśków odbijających się od miski. No czad po prostu! Udało się nam dopiero, kiedy Mada naprawdę się zdenerwowała, musiała w końcu ścierpnąć i zaczęliśmy jej tłumaczyć, że niestety będzie tak wisiała dopóki nie zrobi porządnego siusiu. Zrozumiała.
Reszta poranku była jeszcze ciężka, ja zmęczona, obolała, funkcjonowałam na zwolnionych obrotach, zanim się ogarnęłam, było już po 11:00 i stwierdziłam, że biorąc pod uwagę to jak krótko Matylda spała (raptem 7 godzin), nie ma sensu wychodzić już na spacer, bo Córcia powinna się niedługo robić senna. O 12:00 była już nie do zniesienia i... poszła spać! To warto napisać, bo Mada przestała drzemać w zasadzie przed trzema miesiącami. Więc ta jej wczorajsza drzemka była cudnym prezentem. Spała przez trzy godziny, w ciągu których ja: wyspałam się, zrobiłam obiad, poczytałam książkę wyciągnięta na kanapie. Rewelacja!
I wszystko co dobre od tego się zaczęło! Matylda obudziła się w świetnym humorze, zjadła cały obiad (z dokładką), była wesoła, tańcząca, gadająca i zachwycona wszystkim, co ją otacza. Jak dawno tego nie doświadczyliśmy! Wieczorem zabraliśmy ją jeszcze na kontrolne badanie USG**, podczas którego nawet nie kwęknęła, a powiem więcej - zagadywała lekarza. Pan doktor był zszokowany, my też! My jeszcze szczęśliwi, że taki inny wieczór się nam zapowiada.
I nie zawiedliśmy się. Matylda po kąpieli... poszła sama do swojego łóżeczka, a po tatusiowym czytaniu, spokojnie w nim została i sama zasnęła. Nie było płaczu, wychodzenia, wołania nas, sprawdzania, nic. No anioł po prostu, jak już pisałam. Z Mężem oczy przecieraliśmy ze zdumienia.
Dzisiaj też miły dzień miałyśmy. Rano klubik malucha (Mada uwielbia tam chodzić), potem spacer - wiatr wiał co prawda niemiłosiernie, ale było sucho, więc wybrałyśmy się na plac zabaw, gdzie Matylda przez około 30 min bawiła się na zjeżdżalni. Nie ma się co dziwić, sama nie pamiętam już kiedy ostatnio się tam bawiła. Mnie było bardzo zimno, ale ona tak się na tym placu cieszyła, że nie miałam serca jej stamtąd zabierać. W domu znalazłyśmy się dopiero, gdy zgłodniała.
Cała reszta dnia to już z górki poleciała. Nic się w zasadzie nie wydarzyło, było po prostu miło, ciepło, przytulaśno, śmiesznie itp. Byłyśmy szczęśliwymi, kochającymi się matką i córką. kiedy dołączył do nas Tatuś, pojawiły się jeszcze piski i kwiki szczęścia, śmiechów i hihów nie było końca - Tatuś bardziej rozrywkowy jest.
Takie wieczory to balsam na mą duszę. Kocham mieć taką rodzinę. Niczego mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba. Oby jak najwięcej takich dni!
***
*Siusianie Mady to odrębna historia, na pewno kiedyś do niej wrócę, bo jest to temat, który mnie nurtuje już od jakiegoś czasu...
**Matylda tuż przed Świętami przechodziła ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek, którego leczenie zakończyło się dopiero tydzień temu - w tym tygodniu musieliśmy skontrolować czy poskutkowało. Wyniki są rewelacyjne na ten moment - zero bakterii w moczu i nerki wracające do normy! Uff...
9 stycznia 2012
Zniechęcona...
Dziś był ciężki dzień. Może nawet i nie cały, ale po południu dostałam w kość od Małej i to mocno. Zaczęło się oczywiście awanturą przy jedzeniu, niestety od jakiegoś czasu to nasz codzienny rytuał, ale dzisiaj było wyjątkowo ostro. Na obiad były pierogi i okazało się, że Matylda za nic w świecie ich nie ruszy, nie pomogły żadne z moich dotychczasowych forteli, ani próby jedzenia z jej talerza, ani wzajemne karmienie, po prostu odmówiła spożycia i koniec. Ale głodna była, a że ja nieprzygotowana nie miałam nic w alternatywie*, to się Córcia wściekła, zaczęła rzucać jedzeniem po stole, podłodze, sama też się na podłogę rzucała, a ja w ogóle nie mogłam do niej dotrzeć, żeby się uspokoiła. W końcu zmęczona chyba od tych wrzasków, zasnęła, niestety była już 17:00 więc za długo nie pozwoliłam jej spać - po obudzeniu jej kolejna awantura była sprawą oczywistą...
Dobrze, że chociaż do kąpieli poszła bez większych problemów, chociaż po ostatnich kąpiekowych wrzaskach (zaczęła odmawiać kąpieli z Tatą, a to był ich odwieczny rytuał), spodziewałam się i tu jazdy.
Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że od jakiegoś czasu bardzo się do mnie przykleiła. Za bardzo. W zasadzie nic nie mogę robić w domu, tylko mam się z nią bawić, albo przynajmniej siedzieć w pomieszczeniu, w którym Mada akurat ma ochotę przebywać. Chata wygląda więc jak po wojnie, bo generowanie bałaganu to szybki proces, ale gdy nie ma kto ogarniać w miarę na bieżąco, to no comments. No i sprzątam wieczorami, nawet nie sprzątam, ogarniam tylko, żeby jakoś wyglądało... Ale ten bałagan też mnie irytuje. Cieszę się, że jestem dla Mady ważna, ale żadna przesada nie jest dobra dla nikogo.
Jestem zmęczona, zniechęcona swoją bezsilnością i zastanawiam się, co robię źle, że ostatnio Mada tak mi daje w kość.
*Dotychczas pierogi jadała raczej bez kwęknięcia, więc takiego obrotu spraw się nie spodziewałam.
Dobrze, że chociaż do kąpieli poszła bez większych problemów, chociaż po ostatnich kąpiekowych wrzaskach (zaczęła odmawiać kąpieli z Tatą, a to był ich odwieczny rytuał), spodziewałam się i tu jazdy.
Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że od jakiegoś czasu bardzo się do mnie przykleiła. Za bardzo. W zasadzie nic nie mogę robić w domu, tylko mam się z nią bawić, albo przynajmniej siedzieć w pomieszczeniu, w którym Mada akurat ma ochotę przebywać. Chata wygląda więc jak po wojnie, bo generowanie bałaganu to szybki proces, ale gdy nie ma kto ogarniać w miarę na bieżąco, to no comments. No i sprzątam wieczorami, nawet nie sprzątam, ogarniam tylko, żeby jakoś wyglądało... Ale ten bałagan też mnie irytuje. Cieszę się, że jestem dla Mady ważna, ale żadna przesada nie jest dobra dla nikogo.
Jestem zmęczona, zniechęcona swoją bezsilnością i zastanawiam się, co robię źle, że ostatnio Mada tak mi daje w kość.
*Dotychczas pierogi jadała raczej bez kwęknięcia, więc takiego obrotu spraw się nie spodziewałam.
8 stycznia 2012
Pierwsze czynne wsparcie
To nie jest pierwsza WOŚP w życiu Matyldy, ale o ile dobrze pamiętam, w zeszłym roku nie brała w tej akcji czynnego udziału. Dziś stało się inaczej - dowód poniżej. Proszę zwrócić uwagę na poważną minę mojej Dziewczynki - wyczuła wagę momentu ;).
7 stycznia 2012
Schody
O tym, że moje Dziecię jest wyjątkowo uparte, wiem od zawsze. Od urodzenia ta mała dama wyraźnie pokazywała nam (lub raczej wydawała wyraźne efekty dźwiękowe), że co jak co, ale w kaszę to ona sobie dmuchać nie da. I zawsze sobie myślałam 'I bardzo dobrze! Przynajmniej wie, czego chce'. Z biegiem czasu jednak coraz mniej mi się to podoba, tzn. nadal uważam, że dla niej to świetnie, dobrze, że jest asertywna, ale jednocześnie widzę z dnia na dzień coraz wyraźniej, że ja jako matka mam po prostu z takim dzieckiem przerąbane!* Bo charakter ma to to bardzo trudny.
Jeśli coś jest nie po myśli Córci, mamy głośną awanturę. I to może być wszystko: nie taki ciuch, nie ten soczek w nie tym kubku, nie ta książeczka, za wczesny powrót do domu z dworu, do tego z koniecznością wdrapywania się po schodach na drugie piętro... no masakra jakaś normalnie, bo mama z powodu jakiejś ciąży odmawia noszenia(!) itp itd. Ostatnio w domu tak krzyczała i wyła (piszę zarówno o intensywności jak i o długości), że bałam się, iż sąsiedzi naślą na mnie, jako na wyrodną matkę, pomoc społeczną. Poszło sortowanie prania przed włożeniem do pralki - Matyldy rozumienie wyrażenia 'pierzemy białe' różniło się zasadniczo od mojego i awantura gotowa... A w pionie łazienkowym wszelkie hałasy się tak pięknie niosą po sąsiadach...
Najbardziej mi się podoba, kiedy na spacerze to Mada decyduje gdzie idziemy - idzie z reguły przede mną i mówi 'Tam', pokazuje palcem, gdzie idziemy i maszeruje twardo. Zawsze, gdy zmienia kierunek, albo gdy ja próbuję zboczyć z jej azymutu, wyciąga palec w obranym kierunku i powtarza 'Tam', a jest przy tym taka poważna, że odechciewa się wszelkiej dyskusji ;)**.
Chociaż... co do schodów jeszcze to muszę oddać sprawiedliwość, że od jakiegoś tygodnia nie są one już problemem. Po kilku miesiącach ustawicznych awantur i tłumaczenia na klatce schodowej, że musi wchodzić sama, bo mama jej nosić nie może, Matylda zrozumiała o co mi chodzi i... zaczęła wchodzić samodzielnie! Oczywiście teraz, z jednej skrajności wpadła w drugą - nie chce, żeby jej jakkolwiek pomagać, wchodzi sama i kropka! Ale tak to ona już ma - jak już coś robi to sama, bo taka mała uparta Zosia-Samosia z niej jest ;).
Ale to wchodzenie po schodach to prawdziwy sukces jest!
*Tak naprawdę to nie chciałabym, żeby Mada była inna, ani odrobinę! Ale te 'kłótnie' o różne pierdoły potrafią być naprawdę wykańczające.
**Oczywiście, kiedy mam coś do załatwienia, nie jestem taka bierna - staram się jej wyjaśnić, że teraz/dziś 'tam' nie pójdziemy bo mamy coś pilnego do zrobienia gdzie indziej, ale może potem/jutro pójdziemy 'tam' jeszcze, jak czas i siły pozwolą... O dziwo - z reguły działa. Dzieciaki są naprawdę mądre.
Jeśli coś jest nie po myśli Córci, mamy głośną awanturę. I to może być wszystko: nie taki ciuch, nie ten soczek w nie tym kubku, nie ta książeczka, za wczesny powrót do domu z dworu, do tego z koniecznością wdrapywania się po schodach na drugie piętro... no masakra jakaś normalnie, bo mama z powodu jakiejś ciąży odmawia noszenia(!) itp itd. Ostatnio w domu tak krzyczała i wyła (piszę zarówno o intensywności jak i o długości), że bałam się, iż sąsiedzi naślą na mnie, jako na wyrodną matkę, pomoc społeczną. Poszło sortowanie prania przed włożeniem do pralki - Matyldy rozumienie wyrażenia 'pierzemy białe' różniło się zasadniczo od mojego i awantura gotowa... A w pionie łazienkowym wszelkie hałasy się tak pięknie niosą po sąsiadach...
Najbardziej mi się podoba, kiedy na spacerze to Mada decyduje gdzie idziemy - idzie z reguły przede mną i mówi 'Tam', pokazuje palcem, gdzie idziemy i maszeruje twardo. Zawsze, gdy zmienia kierunek, albo gdy ja próbuję zboczyć z jej azymutu, wyciąga palec w obranym kierunku i powtarza 'Tam', a jest przy tym taka poważna, że odechciewa się wszelkiej dyskusji ;)**.
Chociaż... co do schodów jeszcze to muszę oddać sprawiedliwość, że od jakiegoś tygodnia nie są one już problemem. Po kilku miesiącach ustawicznych awantur i tłumaczenia na klatce schodowej, że musi wchodzić sama, bo mama jej nosić nie może, Matylda zrozumiała o co mi chodzi i... zaczęła wchodzić samodzielnie! Oczywiście teraz, z jednej skrajności wpadła w drugą - nie chce, żeby jej jakkolwiek pomagać, wchodzi sama i kropka! Ale tak to ona już ma - jak już coś robi to sama, bo taka mała uparta Zosia-Samosia z niej jest ;).
Ale to wchodzenie po schodach to prawdziwy sukces jest!
*Tak naprawdę to nie chciałabym, żeby Mada była inna, ani odrobinę! Ale te 'kłótnie' o różne pierdoły potrafią być naprawdę wykańczające.
**Oczywiście, kiedy mam coś do załatwienia, nie jestem taka bierna - staram się jej wyjaśnić, że teraz/dziś 'tam' nie pójdziemy bo mamy coś pilnego do zrobienia gdzie indziej, ale może potem/jutro pójdziemy 'tam' jeszcze, jak czas i siły pozwolą... O dziwo - z reguły działa. Dzieciaki są naprawdę mądre.
4 stycznia 2012
...i jeszcze szybko o Sylwestrze
Ostatni wieczór 2011 r. spędziliśmy w towarzystwie I. i P. oraz ich synka Kacpra. Oczywiście o szalonej imprezie nie było mowy, bo po pierwsze były dzieci, a po drugie mój stan na żadne szaleństwa mi nie pozwala, ale i tak było przemiło.
Jedno, co jasno można stwiedzić, to to, że dzieciaki dały czadu! Obydwoje świetnie się bawili przez cały wieczór. Cały!!! Matylda jeszcze po pólnocy trzymała fason - przed północą odstawiła jeszcze taniec do piosenki Adele, a przy powitaniu Nowego Roku trzymała dzielnie zimne ognie, sama. Była naprawdę przecudaśna w ten wieczór, padła dopiero po 1:00.
Poniżej - mały fotoreportaż z wieczoru:
A najmilszą rzeczą z tego wszystkiego było to, że w Nowy Rok nasza córcia pozwoliła nam pospać do... 10:00! Taka rozpusta nie miała miejsca od prawie dwóch lat!
Poświątecznie
Wiem, dawno już po świętach, nawet Sylwester już jest mglistym wspomnieniem, ale było nam w ten czas tak wyjątkowo, że muszę tu małą retrospekcję zaserwować.
Z powodu mojej dość zaawansowanej już ciąży, zwolniona zostałam w tym roku z jakiegokolwiek pichcenia. Nie, żebym w ogóle była urodzoną kucharką, ale tym razem nie robiłam w zasadzie nic, całą kolację wigilijną przygotowały moja Mama i Teściowa, z pomocą Siostry i Szwagierki. W związku z tym u nas całe zamieszanie zaczęło się dopiero w piątek, 23-go, uberaniem choinki. Matylda, która aktywnie pomagała rodzicom w przystrajaniu drzewka była nim wyraźnie zaaferowana i zachwycona ozdobami:
Wieczorem za to zabrałyśmy się za pieczenia kruchych ciasteczek migdałowych:
Matyldzia dzielnie mi pomagała, najpierw przy obieraniu migdałów, a potem w wycinaniu gwiazdkowych słodkości:
Było to nasze pierwsze wspólne pieczenie, a o tym jak bardzo Madzie się podobało niech świadczy fakt, że jeszcze wczoraj widząc wałek do ciasta, namawiała mnie w swoim slangu do powtórki ;).
Wigilia i Święta też były pełne wrażeń. Kolacja z powodu drzemki naszej Dziuby nieco się opóźniła - poniżej obudzona Mada oczekuje gości. Jest rozkosznie przejęta, jakby czuła, że to wyjątkowy wieczór.
Kolacja minęła nam w cudownej atmosferze. Było dużo śmiechu, radości oraz zadumy, jak to zwykle w Wigilię.
W końcu nadszedł czas na prezenty. Muszę przyznać, że nadal z niecierpliwością czekam na ten moment, zupełnie jak dziecko. Czekam, ale inaczej. Nie interesują mnie już tak bardzo moje prezenty, o wiele ciekawsze jest teraz obserwowanie reakcji Matyldy na to, co znajdzie w swoich paczkach. W tym roku, każdy prezent ją zachwycił. A oto i jej zdobycze (wiem, trochę to materialne podejście, ale myślę, że kiedyś z przyjemnością przeczyta, co dostała na swoją drugą Gwiazdkę):
- domek sorter z kluczykami,
- duże łóżko,
- samochodzik z rodziną świnki Peppy (jednej z dwóch ul.ubionych bajek M.)
- odtwarzacz CD dla dzieci,
- klocki Hello Kitty,
- 6 płyt z Teletubisiami (uwielbia!),
- grająca skrzynka na listy,
- kurtka.
A poniżej Mada z rana w Boże Narodzenie - ledwo się obudziła, pobiegła bawić się swoimi nowymi zabawkami:
Resztę Świąt spędziliśmy już poza domem - najpierw u Teściów, potem u mojej Mamy. Matylda była w swoim żywiole - wszyscy się nią zajmowali, bawili... Mnie oczywiście też się to podobało, czasem trzeba od siebie odpocząć, nie ważne jak bardzo się kocha.
Domek oczywiście został do Dziadków zabrany - jak widać, spełniał swoją rolę:
I tu też:
Na ostatnim zdjęciu - Mada z Goją, psem mojej Siostry i chyba najważniejszą 'osobą' w życiu mojej córci, bo co rusz o niej opowiada i pyta, kiedy pojedziemy 'Goja do'?
Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, Święta też... Cieszę się jednak, że były, że udało się nam stworzyć choć trochę wyjątkowej atmosfery. Dla Niej.
2 stycznia 2012
No to zaczynamy pisanie
Jestem mamą niespełna dwuletniej Matyldy, największego szczęścia, jakie mnie dotąd spotkało oraz małego brzdąca, który obecnie przesiaduje jeszcze w moim brzuchu i ma przyjść na świat za około dwa miesiące. To o nich będzie ten blog. Piszę, bo chcę zachować jak najwięcej z tego, o czym się z często zapomina - o zwykłych-niezwykłych zdarzeniach z życia zwyczajnej rodziny, szczególnie tych dotyczących dzieci, by jak najmniej rozmazało się w głowach w przyszłości, ale przede wszystkim, by moje Dziubki dwa mogły to kiedyś przeczytać i, kto wie, może nawet mieć przy tym frajdę(?)
***
Za pisanie brałam się już kilkakrotnie, zawsze jednak coś mi przeszkadzało, rozpraszało. Mam więc szczerą nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że TU będzie mi dobrze. Pożyjemy, zobaczymy...
***
Za pisanie brałam się już kilkakrotnie, zawsze jednak coś mi przeszkadzało, rozpraszało. Mam więc szczerą nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że TU będzie mi dobrze. Pożyjemy, zobaczymy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

