Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa mamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa mamy. Pokaż wszystkie posty

20 kwietnia 2012

Szybkie sprawozdanie z placu boju

No to stało się - sześć tygodni temu zostałam mamą po raz drugi!

Igor urodził się 10 marca o 11:00. Ważył 3900 g przy długości 55 cm. To jedno z jego pierwszych zdjęć, tuż po tym, kiedy przynieśli mi go po pierwszych badaniach.



Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Tego uczucia, kiedy kładą dopiero co urodzone dzieciątko na brzuchu lub piersi, nie da się porównać do niczego - rozkosz w najczystrzej postaci. I ta natychmiastowa amnezja - przed momentem nic oprócz bólu - po położeniu tej małej, mięciutkiej, śliskiej od mazi płodowej istotki wszystko znika - prawdziwy cud. Jego też ogarnął ogromny spokój, kiedy leżał na mnie, było mu w tej pozycji naprawdę dobrze. I już nie liczyło się nic, byliśmy cali dla siebie.

O samym porodzie napiszę jeszcze kiedyś. Teraz chcę napisać tylko - nie było źle!

***
Igor jest bardzo łatwy w obsłudze - zwłaszcza w porównaniu ze swoją Siostrą - ładnie i bezproblemowo je, stosunkowo dużo śpi, zwłaszcza w nocy i mało płacze. Szybko zrozumiał różnicę między dniem i nocą - w zasadzie od początku śpi przynajmniej cztery godziny w nocy, a czasem potrafi nawet i sześć godzin przespać jednym ciągiem. Bardzo lubi spać na dworze, co dla mnie jest nowością, bo Matylda tego nie znosiła - z nią wyjście na spacer pełne było wrzasku i łez.

Igor ma piękny uśmiech, którym obdarzył mnie po raz pierwszy w wieku niecałych czterech tygodni. Od kilku dni próbuje gurzyć. Jest bardzo towarzyski - może leżeć przez jakiś czas sam w łóżeczku, ale po jakiś 10 minutach woła o uwagę. Do tego prawdziwy z niego siłacz - potrafi pięknie trzymać główkę, przekłada ją z boku na bok, gdy leży na brzuszku (zrobił to nawet tuż po porodzie, kiedy czekał w kojcu na badanie pediatry). Jest przesłodki.

Niestety ma małe problemy z brzuszkiem - jest strasznym żarłokiem, który bardzo łapczywie je i któremu ciężko się odbija. W związku z tym bolesne wzdęcia i duuuuuuużo noszenia na rękach to u nas norma. Przez to mam mało czasu na cokolwiek, w tym i pisanie... Ale po trzecim miesiącu tego typu problemy powinny się skończyć, więc przyjdzie czas, kiedy będę tu bardziej regularnie.

***
Miałam w planach napisać dziś więcej, dużo przecież się wydarzyło, zmieniło, ale niestety zmęczenie daje mi o sobie znać - czas iść spać, tym bardziej, że oba dzieci śpią...







25 lutego 2012

Jeszcze o I...

Wczoraj moja ciąża ukończyła 39 tygodni i byłam na kontroli u ginekologa, więc mogę zgłosić aktualizację co do mojego stanu i stanu Igora.

Igor ma się dobrze, leży sobie od dawna główką do dołu i choć jest mu już ciasno, sporo się rusza (o, nawet teraz masakruje mi pęcherz i szyjkę macicy...). Waży około 3,6 kg, co wczoraj odpowiadało dokładnie 39 t.c. Czyli nieźle, nie urósł za bardzo, a ja z moją posturą małego dzidziusia na tym etapie mieć nie mogę ;). Powinnam urodzić go bez problemu - to słowa mojego lekarza. Oby się sprawdziły.

Mój organizm powoli przygotowuje się do porodu, coś tam niby się dzieje, choć ja nic nie czuję. Ale z Córcią też tak było - dopiero w dniu porodu poczułam pierwsze bóle, wcześniej wszelkie skurcze przepowiadające, stawianie macicy itp mnie omijały, a przynajmniej byłam na nie nieczuła. Czy i tym razem też tak będzie - zobaczymy.

Co noc kładę się z lekkim kołataniem serca, zastanawiam się czy aby nie jest to TA noc, kiedy wszystko się zacznie. Boję się bardziej niż za pierwszym razem - wiem mniej więcej co mnie czeka i chociaż poród Matyldy był dość łatwy, jak na poród, to nie było to wydarzenie bezbolesne i nie jest tak, że mogłabym to robić codziennie. Więc czy to dziwne, że się denerwuję?

To, że za chwilę będę miała dwoje dzieci jest także przerażające w swojej cudowności... Jak ja dam sobie radę?

23 lutego 2012

Cisza w eterze

Taaaa, cisza nastała... Ale jeszcze nie z powodu tego, że jesteśmy PO wiadomo czym, to tylko z powodu mojego złego samopoczucia i braku chęci i siły na cokolwiek. Ile razy zabrałam się za pisanie, z pustą głową rezygnowałam po jakimś czasie...

Mada ma się dobrze, zdrowotnie coraz lepiej, choć nadal jeszcze chrapie z nocy i nos ma zapchany. Pediatra podejrzewa przerośnięty trzeci migdał :/, w poniedziałek jedziemy (lub jadą) do laryngologa, zobaczymy, co powie.. Mam nadzieję, że to jednak jakaś beznadziejna przydługa infekcja, lub przeschnięte śluzówki - dzisiaj powietrze zrobiło się wilgotne i jakoś jakby lepiej było, ale może sobie tylko to wmawiam(?).

Poniżej - Matylda w czasie inhalacji. O dziwo - bardzo je lubi. Zapewne fakt, że zawsze włączamy jej przy tym bajkę nie ma z tym nic wspólnego ;). Ale jak inaczej zmusić dziecko do siedzenia i wdychania wilgotnego powietrza przez 10 minut i to dwa razy dziennie?


***
Po trzech tygodniach przerwy, z radością wróciła do klubu malucha. Nie wiem, kto się bardziej na to cieszył - ona czy ja, hehe. Chyba już obydwie mamy dosyć siedzenia w domu, tego duszenia się we własnym sosie.

Matylda uwielbia chodzić 'do dzici', zabranie jej stamtąd zajmuje mi średnio jakieś 15 minut, teraz, po przerwie - około pół godziny. Inne dzieci cieszą się na widok swoich matek w drzwiach; moja Córka - spojrzy, utwierdzi się w przekonaniu, że ja to ja, po czym spokojnie wraca do zabawy, układanki, tańca czy cokolwiek tam właśnie ma do roboty. Moje radosne wołanie o pójście do domu pozostaje bez echa, ewentualnie odpowie mu tubalny ryk 'Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!' No i z sali w końcu wynoszę ją siłą, na rękach, inaczej nie da rady. Wczoraj to nawet dwa razy mi jeszcze uciekła z powrotem na salę, w butach, w kurtce... Nie ma to jak siłować się z dwulatkiem, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży - chyba nic tak mi dobrze na kondycję nie robi...

Matylda podobno jest ewenementem w tej kwestii, jedynym dzieckiem, które nigdy tam w klubiku nie płakało za mamą, jedynym, które nie reaguje negatywnie na płacz innych dzieciaków. Ba, ona nawet potrafi rozweselać płaczące dzieciaki! W sumie to się cieszę, że to takie cygańskie dziecko, nie zniosłabym chyba jej płaczu przy zostawianiu jej z kimkolwiek innym. Oby jej to zostało, kiedy pójdzie do przedszkola, szkoły... Kiedy czasem we wrześniu z rana patrzę na mamy prowadzące płaczące trzylatki do przedszkoli to serce mi się kraje - te mamy nie mają wyboru, ale to cierpienie ich dzieci potrafi mnie fizycznie boleć. Mam nadzieję, że mnie to nie czeka, choć nigdy nie wiadomo.
***
No nic, późno się robi, idę się położyć. Kto wie, co mnie w nocy czeka, muszę być gotowa na wszystko.
***
Boję się trochę...

11 lutego 2012

Odrobina przyjemności

Prawdopodobnie ostatni wypad do kina, ostatni przed pojawieniem się I czyli na dłużej nieokreślony czas, mam zaliczony. "Dziewczyna z tatuażem" mnie nie zawiodła, mimo wprowadzenia paru zmian w scenariuszu w stosunku do książkowego pierwowzoru.

Mada za to pysznie bawiła się z Babcią G., pod opieką której na wieczór została. Babcia też bardzo zadowolona, podobno M była prze-kochana.

Dla mnie sam wieczór przyjemny bardzo, zawsze tak jest, kiedy spędzam trochę czasu bez mojego Małego Szczęścia.  Spędzamy ostatnio razem z Córcią tyle czasu, że każdej z nas dobrze robi taka rozłąka, chwila oddechu od siebie nawzajem. To konieczne, żeby nie zwariować!

2 lutego 2012

Matka i córka czyli chora i chorsza

Nie ma to jak zarazić się jakimś wrednym wirusem od własnej Córki! Tak, teraz Matylda wychodzi już na prostą, a ja ledwo dycham! 

Nowe choróbsko Mady okazało się na szczęście 'tylko' wirusówką, obyło się więc bez propozycji antybiotyków; na szczęście, bo przecież dopiero co skończyła jedną antybiotykoterapię z racji zapalenia nerek. Wirusówka sama w sobie nie jest groźna, tylko mega wredna - zapchany nos, teraz wielce cieknący katar oznaczają problemy z oddychaniem, a dla mnie - nieprzespane noce. 

Na czas choroby wzięłam Małą do siebie do łóżka, Tata został eksmitowany do salonu na sofkę. Mam ją więc blisko siebie, mogę szybko reagować na wszelkie chorobowe potrzeby, ale i tak nie jest łatwo. Wczoraj spałam może z półtorej godziny - po prostu rewelka, żyć nie umierać. Co dziwne, Mada nie ma większych problemów ze spaniem - jej przerywane oddechy, świszczące, chrapanie wcale jej nie przeszkadzają, mnie za to doprowadzają do palpitacji serca. A do tego, skoro ona przesypia noce, ja o odzyskaniu straconego snu w dzień mogę tylko pomarzyć, drzemek mi ma (jak to rzecze moja Córka na nie ma). Oczy więc podpieram zapałkami, i od rana do wieczora marzę o końcu dnia, tygodnia, tej choroby...

Jakoś dam radę, ale jest bardzo ciężko, bo sama jestem - Mąż do późna w pracy, w weekend w szkole, nocki są w zasadzie moim dyżurem. I do tego ciąża - to już końcówka i jestem z lekka ociężała, delikatnie mówiąc - samo to powoduje, że opieka nad chorą dwulatką sprawia mi problem. A teraz na dodatek sama katarzę...

Rety, zaczęło jej spływać, kaszle jak szalona... Kolejna fantastyczna noc przede mną. Od niedzieli co rano myślę sobie, że następna noc już będzie lepsza, a ta jak na złość nie chce przyjść. Nic, idę spać, tzn położyć się obok Dziuby, wyboru nie ma...

30 stycznia 2012

On czyli idzie nowe

Jak wszystkie kalendarze wskazują, od piątku pozostało mi już tylko pięć tygodni do terminu porodu. Auć, to już naprawdę niedługo, trudno mi w to uwierzyć. Tak niedawno przecież zrobiłam test, na którym, trochę niespodziewanie zobaczyłam te dwie kreseczki, a tu już końcówka. Przecież TO nawet może wydarzyć się wcześniej! Już za tydzień, dwa!

A ja w ogóle jestem nieprzygotowana... Ciąża z drugim dzieckiem to zupełnie inne podejście niż pierwsza. W ciąży z Matyldą ciągle o tym co mnie czeka rozmyślałam, wyobrażałam sobie jak to będzie, gdy już ten słodki bobas (bo co do tego, że słodki będzie, wątpliwości nie miałam) na dobre pojawi się w naszym życiu, jak będziemy go/ją kochać, bawić się itd. Dziecko i ciąża, mimo, że pracowałam zawodowo, opanowały moje myśli na całe dziewięć miesięcy. A teraz? Hmmm, to nie tak, że w ogóle nie myślę o dziecku, bo myślę całkiem sporo, ale nie jest to już tak intensywne. Nie mam już chyba tyle czasu na myślenie - Matylda jest bezlitosna, jeśli chodzi o dawanie matce świętego spokoju, a poza tym wiem mniej więcej co mnie czeka, tzn, doświadczyłam trudnej opieki nad trudnym noworodkiem i zdaję sobie sprawę z tego, że lekko nie będzie. I chyba jestem tym z lekka przerażona.

Tym niemniej kocham mojego synka, od kiedy wiem, że istnieje. I nie mogę się już doczekać naszego spotkania. Bo to chłopak będzie! Wiem o tym od 3 listopada - zdjęcie USG wg pani położnej, która je zrobiła, nie budziło wątpliwości, zresztą, ja swoim amatorskim okiem też widziałam wszystko 'jak na dłoni' ;). Od początku ciąży wiedziałam, tzn. czułam, że to On będzie, podobnie jak przy M czułam, że noszę pod sercem dziewczynkę. Nie wiem, jakiś szósty zmysł mi się w tej kwestii wlączył. Mój Mały będzie miał na imię Igor.

Igor już w fazie bytności w brzuchu pokazuje, że jest zupełnie inną jednostką niż jego siostra. Jest znacznie bardziej ruchliwy i dużo silniejszy. Mada nigdy nie kopała tak mocno i dużo, choć też nie była leniuszkiem. Kopniaki Igora od dawna powodują moje syki i jęki, i mimo, że ma tam w środku coraz mniej miejsca, siła jego ruchów nie zmniejsza się. Nie jest też tak wrażliwy na chodzenie jak Matylda - jej przy chodzeniu prawie w ogóle nie czułam, spała; Igor za to nieraz powoduje, że muszę przystanąć na spacerze, bo ból od kopniaka jest nie do zniesienia, taki mnie prąd przechodzi. Cieszę się z tych ruchów, bo to poprzez nie Igor mówi mi, że ma się dobrze, że wszystko w porządku, że nie muszę się o niego martwić. Czasem jednak dają mi w kość, szczególnie w nocy, gdy chciałabym sobie pospać, a tu mojemu Maleństwu w brzusiu włącza się tryb piłkarza - i nocka w jakiejś części z głowy.

Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie, z wyglądu i charakteru. Czy będzie męską wersją Matyldy, czy też zupełnie inną mieszanką genów moich i Męża? Czy będzie takim wymagającym i od początku mega towarzyskim człowiekiem jak jego Siostra, czy też będzie noworodkiem-aniołem, który tylko je i śpi? Jak szybko załapie o co chodzi w ssaniu piersi? Tyle tych niewiadomych, które z czasem jedna po drugiej zaczną się ujawniać. Nie mogę się doczekać tego odkrywania jego osobowości, to chyba najbardziej ekscytujące w byciu rodzicem.

A póki co, czeka mnie jeszcze mnóstwo prania, prasowania, układania... no i torbę do szpitala trzeba by spakować. I pewnie jeszcze cała masa innych rzeczy, do których nie mam w ogóle głowy. Śmieszne to, że przy Matyldzie, już od dawna wszystko miałam przemyślane i pamiętam, że szczerze dziwiły mnie ciężarne-po-raz-kolejny, które przyznawały, że są daleko w tyle z przygotowaniami do przyjścia kolejnego potomka na świat, mimo, iż zostało im tylko kilka tygodni do rozwiązania. Teraz sama mam takie podejście. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia.

18 stycznia 2012

Dziś...

...są moje urodziny. Kolejna cyfra do metryki dodana, znowu do emerytury bliżej, no cóż.

Dzień zapowiadał się ciężko, po bardzo ciężkiej nocy - dosć powiedzieć, żę skutkiem tego zaspałyśmy na zajęcia w Matyldowym klubiku o 9:00...

Na dodatek w południe mąż zadzwonił, że musi w pracy dłużej powiedzieć, bo ma spotkanie z klientem po godzinach - myślę sobie - to już nawet nie jest dzień jak co dzień - to po prostu kpina takie urodziny! I tu - niespodzianka! - po południu przyjechała moja szwagierka z chłopakiem, z torcikiem (pysznym nota bene), pobawili się z Dziubą itd. W końcu wrócił Mąż i... kazał mi się szybko przebierać (fakt, mój strój mozna było określić mianem mało wizytowego, delikatnie mówiąc), bo jedziemy do restauracji! Taki to organizator z niego wyszedł!

I było bardzo smacznie, romantycznie i miło. Zrelaksowałam się, bardzo takiego wyjścia potrzebowałam. Dziękuję ci Mężu mój kochany!

***
A po powrocie mimo późnej pory, czekała na nas wykąpana, uśmiechnięta i przeszczęśliwa z powodu gości i naszego widoku Córeczka! Mała godzinka z hakiem i w końcu zasnęła. Ale w takie wieczory, to długie usypianie nie męczy, no prawie... ;)

11 stycznia 2012

Anioł!

Uwaga! Wszystko, co napisałam ostatnio, cały poprzedni post, po ostatnich dwóch dniach odwołuję!!! Od wczoraj moja Córcia jest... no aniołem jest po prostu.

Wczoraj rano nic tej zmiany nie zapowiadało, Matylda obudziła się o 5:00 i ciężko jej wrócić do snu. Oczywiście to ja musiałam przy niej siedzieć i próbować ją uśpić z powrotem, Mąż, ku memu niekończącemu się zdumieniu, jest ciężko głuchy na jej jęki w nocy. Kiedy wybiła 6:15 stwierdziłam, że trudno - wstajemy, tym bardziej, że o 7:00 i tak wstać było trzeba, bo zaplanowaną mieliśmy zabawę w łapanie siuśków Matyldy do pojemnika na badanie moczu. Trzeba było zrobić posiew, więc o żadnych woreczkach czy siusianiu do wyparzonego nocnika mowy nie było w tym przypadku*. Jeśli ktoś myśli, że takie łapanie siuśków od dziecka, które wyraźnie nie ma ochoty na siusianie w powetrzu i potrafi wstrzymywać swoje potrzeby jest fajne i proste, nie miał do czynienia z Matyldą. Zajęło nam to, bagatela, jedynie półtorej godziny (czytaj - półtora długiego odcinka Teletubisiów) w pozycjach: mąż na kanapie trzyma Madę w pozycji siedzącej z pupą zwisającą nad miską, ja na podłodze przodem do nich wpatrująca się intensywnie Córci między nogi lub przy wyprostowywaniu się intensywnie nasłuchująca odgłosu siuśków odbijających się od miski. No czad po prostu! Udało się nam dopiero, kiedy Mada naprawdę się zdenerwowała, musiała w końcu ścierpnąć i zaczęliśmy jej tłumaczyć, że niestety będzie tak wisiała dopóki nie zrobi porządnego siusiu. Zrozumiała.

Reszta poranku była jeszcze ciężka, ja zmęczona, obolała, funkcjonowałam na zwolnionych obrotach, zanim się ogarnęłam, było już po 11:00 i stwierdziłam, że biorąc pod uwagę to jak krótko Matylda spała (raptem 7 godzin), nie ma sensu wychodzić już na spacer, bo Córcia powinna się niedługo robić senna. O 12:00 była już  nie do zniesienia i... poszła spać! To warto napisać, bo Mada przestała drzemać w zasadzie przed trzema miesiącami. Więc ta jej wczorajsza drzemka była cudnym prezentem. Spała przez trzy godziny, w ciągu których ja: wyspałam się, zrobiłam obiad, poczytałam książkę wyciągnięta na kanapie. Rewelacja!

I wszystko co dobre od tego się zaczęło! Matylda obudziła się w świetnym humorze, zjadła cały obiad (z dokładką), była wesoła, tańcząca, gadająca i zachwycona wszystkim, co ją otacza. Jak dawno tego nie doświadczyliśmy! Wieczorem zabraliśmy ją jeszcze na kontrolne badanie USG**, podczas którego nawet nie kwęknęła, a powiem więcej - zagadywała lekarza. Pan doktor był zszokowany, my też! My jeszcze szczęśliwi, że taki inny wieczór się nam zapowiada.

I nie zawiedliśmy się. Matylda po kąpieli... poszła sama do swojego łóżeczka, a po tatusiowym czytaniu, spokojnie w nim została i sama zasnęła. Nie było płaczu, wychodzenia, wołania nas, sprawdzania, nic. No anioł po prostu, jak już pisałam. Z Mężem oczy przecieraliśmy ze zdumienia.

Dzisiaj też miły dzień miałyśmy. Rano klubik malucha (Mada uwielbia tam chodzić), potem spacer - wiatr wiał co prawda niemiłosiernie, ale było sucho, więc wybrałyśmy się na plac zabaw, gdzie Matylda przez około 30 min bawiła się na zjeżdżalni. Nie ma się co dziwić, sama nie pamiętam już kiedy ostatnio się tam bawiła. Mnie było bardzo zimno, ale ona tak się na tym placu cieszyła, że nie miałam serca jej stamtąd zabierać. W domu znalazłyśmy się dopiero, gdy zgłodniała.

Cała reszta dnia to już z górki poleciała. Nic się w zasadzie nie wydarzyło, było po prostu miło, ciepło, przytulaśno, śmiesznie itp. Byłyśmy szczęśliwymi, kochającymi się matką i córką. kiedy dołączył do nas Tatuś, pojawiły się jeszcze piski i kwiki szczęścia, śmiechów i hihów nie było końca - Tatuś bardziej rozrywkowy jest.

Takie wieczory to balsam na mą duszę. Kocham mieć taką rodzinę. Niczego mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba. Oby jak najwięcej takich dni!

***
*Siusianie Mady to odrębna historia, na pewno kiedyś do niej wrócę, bo jest to temat, który mnie nurtuje już od jakiegoś czasu...

**Matylda tuż przed Świętami przechodziła ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek, którego leczenie zakończyło się dopiero tydzień temu - w tym tygodniu musieliśmy skontrolować czy poskutkowało. Wyniki są rewelacyjne na ten moment - zero bakterii w moczu i nerki wracające do normy! Uff...

9 stycznia 2012

Zniechęcona...

Dziś był ciężki dzień. Może nawet i nie cały, ale po południu dostałam w kość od Małej i to mocno. Zaczęło się oczywiście awanturą przy jedzeniu, niestety od jakiegoś czasu to nasz codzienny rytuał, ale dzisiaj było wyjątkowo ostro. Na obiad były pierogi i okazało się, że Matylda za nic w świecie ich nie ruszy, nie pomogły żadne z moich dotychczasowych forteli, ani próby jedzenia z jej talerza, ani wzajemne karmienie, po prostu odmówiła spożycia i koniec. Ale głodna była, a że ja nieprzygotowana nie miałam nic w alternatywie*, to się Córcia wściekła, zaczęła rzucać jedzeniem po stole, podłodze, sama też się na podłogę rzucała, a ja w ogóle nie mogłam do niej dotrzeć, żeby się uspokoiła. W końcu zmęczona chyba od tych wrzasków, zasnęła, niestety była już 17:00 więc za długo nie pozwoliłam jej spać - po obudzeniu jej kolejna awantura była sprawą oczywistą...

Dobrze, że chociaż do kąpieli poszła bez większych problemów, chociaż po ostatnich kąpiekowych wrzaskach (zaczęła odmawiać kąpieli z Tatą, a to był ich odwieczny rytuał), spodziewałam się i tu jazdy.

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że od jakiegoś czasu bardzo się do mnie przykleiła. Za bardzo. W zasadzie nic nie mogę robić w domu, tylko mam się z nią bawić, albo przynajmniej siedzieć w pomieszczeniu, w którym Mada akurat ma ochotę przebywać. Chata wygląda więc jak po wojnie, bo generowanie bałaganu to szybki proces, ale gdy nie ma kto ogarniać w miarę na bieżąco, to no comments. No i sprzątam wieczorami, nawet nie sprzątam, ogarniam tylko, żeby jakoś wyglądało... Ale ten bałagan też mnie irytuje. Cieszę się, że jestem dla Mady ważna, ale żadna przesada nie jest dobra dla nikogo.

Jestem zmęczona, zniechęcona swoją bezsilnością i zastanawiam się, co robię źle, że ostatnio Mada tak mi daje w kość.

*Dotychczas pierogi jadała raczej bez kwęknięcia, więc takiego obrotu spraw się nie spodziewałam.