30 stycznia 2012

On czyli idzie nowe

Jak wszystkie kalendarze wskazują, od piątku pozostało mi już tylko pięć tygodni do terminu porodu. Auć, to już naprawdę niedługo, trudno mi w to uwierzyć. Tak niedawno przecież zrobiłam test, na którym, trochę niespodziewanie zobaczyłam te dwie kreseczki, a tu już końcówka. Przecież TO nawet może wydarzyć się wcześniej! Już za tydzień, dwa!

A ja w ogóle jestem nieprzygotowana... Ciąża z drugim dzieckiem to zupełnie inne podejście niż pierwsza. W ciąży z Matyldą ciągle o tym co mnie czeka rozmyślałam, wyobrażałam sobie jak to będzie, gdy już ten słodki bobas (bo co do tego, że słodki będzie, wątpliwości nie miałam) na dobre pojawi się w naszym życiu, jak będziemy go/ją kochać, bawić się itd. Dziecko i ciąża, mimo, że pracowałam zawodowo, opanowały moje myśli na całe dziewięć miesięcy. A teraz? Hmmm, to nie tak, że w ogóle nie myślę o dziecku, bo myślę całkiem sporo, ale nie jest to już tak intensywne. Nie mam już chyba tyle czasu na myślenie - Matylda jest bezlitosna, jeśli chodzi o dawanie matce świętego spokoju, a poza tym wiem mniej więcej co mnie czeka, tzn, doświadczyłam trudnej opieki nad trudnym noworodkiem i zdaję sobie sprawę z tego, że lekko nie będzie. I chyba jestem tym z lekka przerażona.

Tym niemniej kocham mojego synka, od kiedy wiem, że istnieje. I nie mogę się już doczekać naszego spotkania. Bo to chłopak będzie! Wiem o tym od 3 listopada - zdjęcie USG wg pani położnej, która je zrobiła, nie budziło wątpliwości, zresztą, ja swoim amatorskim okiem też widziałam wszystko 'jak na dłoni' ;). Od początku ciąży wiedziałam, tzn. czułam, że to On będzie, podobnie jak przy M czułam, że noszę pod sercem dziewczynkę. Nie wiem, jakiś szósty zmysł mi się w tej kwestii wlączył. Mój Mały będzie miał na imię Igor.

Igor już w fazie bytności w brzuchu pokazuje, że jest zupełnie inną jednostką niż jego siostra. Jest znacznie bardziej ruchliwy i dużo silniejszy. Mada nigdy nie kopała tak mocno i dużo, choć też nie była leniuszkiem. Kopniaki Igora od dawna powodują moje syki i jęki, i mimo, że ma tam w środku coraz mniej miejsca, siła jego ruchów nie zmniejsza się. Nie jest też tak wrażliwy na chodzenie jak Matylda - jej przy chodzeniu prawie w ogóle nie czułam, spała; Igor za to nieraz powoduje, że muszę przystanąć na spacerze, bo ból od kopniaka jest nie do zniesienia, taki mnie prąd przechodzi. Cieszę się z tych ruchów, bo to poprzez nie Igor mówi mi, że ma się dobrze, że wszystko w porządku, że nie muszę się o niego martwić. Czasem jednak dają mi w kość, szczególnie w nocy, gdy chciałabym sobie pospać, a tu mojemu Maleństwu w brzusiu włącza się tryb piłkarza - i nocka w jakiejś części z głowy.

Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie, z wyglądu i charakteru. Czy będzie męską wersją Matyldy, czy też zupełnie inną mieszanką genów moich i Męża? Czy będzie takim wymagającym i od początku mega towarzyskim człowiekiem jak jego Siostra, czy też będzie noworodkiem-aniołem, który tylko je i śpi? Jak szybko załapie o co chodzi w ssaniu piersi? Tyle tych niewiadomych, które z czasem jedna po drugiej zaczną się ujawniać. Nie mogę się doczekać tego odkrywania jego osobowości, to chyba najbardziej ekscytujące w byciu rodzicem.

A póki co, czeka mnie jeszcze mnóstwo prania, prasowania, układania... no i torbę do szpitala trzeba by spakować. I pewnie jeszcze cała masa innych rzeczy, do których nie mam w ogóle głowy. Śmieszne to, że przy Matyldzie, już od dawna wszystko miałam przemyślane i pamiętam, że szczerze dziwiły mnie ciężarne-po-raz-kolejny, które przyznawały, że są daleko w tyle z przygotowaniami do przyjścia kolejnego potomka na świat, mimo, iż zostało im tylko kilka tygodni do rozwiązania. Teraz sama mam takie podejście. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia.

29 stycznia 2012

Chora...

Chyba znowu coś Matyldę bierze - od nocy ma zapchany nos (co dziwne, nic się z niego nie chce wydostać) i lekko podwyższoną temperaturę. Co się z nią dzieje? Znowu będzie chora? Przecież dopiero co wyzdrowiała! Ile jeszcze tych chorób nas czeka w najbliższym czasie????

Czuję się przybita. Zastanawiam się co robię źle, że moje dziecko ostatnio takie chorowite. Ech...

28 stycznia 2012

Dwa lata!

Dziś moja najukochańsza Matylda kończy dwa lata!

Dzień za dniem niby się dłuży, ale teraz nie wiem, kiedy ten czas minął?

Córeczko - wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Przede wszystkim zdrowia, bo kiedy ono będzie, ze wszystkim sobie dasz radę. Szczęścia, bo ono w życiu bardzo pomaga. Radości i uśmiechu, z nimi będzie Ci raźniej, raźniej też będzie innym ludziom z Tobą, jeśli będziesz emanować tymi pozytywnymi promykami. A ponad wszystko życzę Ci, żebyś otaczała się ludźmi, którzy będą Cię kochać, mnóstwa miłości kochanie!
Dziękuję Ci za ten cały czas, który do tej pory razem spędziłyśmy, za te wszystkie uśmiechy, piski, przytulenia, którymi obdarzasz mnie co dzień. Kocham Cię Córciu! Mama.

22 stycznia 2012

Spokojny weekend

Od wczoraj jesteśmy z Matyldą w rozjazdach - mąż na uczelni (studiować mu się akurat w tym roku zachciało, ech...), a my z wiadomych przyczyn Babcie i Dziadka musimy odwiedzić.

Niestety moja kochana Mama sama sobie niezbyt fortunny prezent na ten swój, od niedawna obchodzony dzień, zafundowała - w piątek się przewróciła i złamała prawą rękę w nadgarstku... Wczoraj, jak tam byłyśmy, było mi jej strasznie żal, bo cała jest poobijana strasznie, na szczęście poza tą nieszczęsną ręką nic już innego jej się nie stało. Rozpaczała biedna, że nie może się z wnusią pobawić, ale myślę, że Matylda samą swoją obecnością i wszechobecnym szczebiotaniem, humor nieco poprawiła, bo na Dziadków to ona niczym balsam działa, ta moja Córcia kochana.

A dziś u Teściów siedzimy, w domu niestety, bo pogoda w ogóle na żadne spacery się nie nadaje. Matylda jednak zadowolona, ona uwielbia wizyty wszelkiego rodzaju, gdy jest dużo ludzi i dużo się dzieje, są psy i ogólnie swobodna, rodzinna atmosfera. Nawet za bardzo na telewizję nie jest dziś napalona, a to znak, że naprawdę jej się nie nudzi. Ja za to mam okazję troszkę odpocząć, bo wszelkiego rodzaju wycieczki po domu, zabawy czy sprawy związane z toaletą to dziś domena Babci.

Weekend więc bez jakiś większych wrażeń, przynajmniej dla nas, ale miły.

18 stycznia 2012

Dziś...

...są moje urodziny. Kolejna cyfra do metryki dodana, znowu do emerytury bliżej, no cóż.

Dzień zapowiadał się ciężko, po bardzo ciężkiej nocy - dosć powiedzieć, żę skutkiem tego zaspałyśmy na zajęcia w Matyldowym klubiku o 9:00...

Na dodatek w południe mąż zadzwonił, że musi w pracy dłużej powiedzieć, bo ma spotkanie z klientem po godzinach - myślę sobie - to już nawet nie jest dzień jak co dzień - to po prostu kpina takie urodziny! I tu - niespodzianka! - po południu przyjechała moja szwagierka z chłopakiem, z torcikiem (pysznym nota bene), pobawili się z Dziubą itd. W końcu wrócił Mąż i... kazał mi się szybko przebierać (fakt, mój strój mozna było określić mianem mało wizytowego, delikatnie mówiąc), bo jedziemy do restauracji! Taki to organizator z niego wyszedł!

I było bardzo smacznie, romantycznie i miło. Zrelaksowałam się, bardzo takiego wyjścia potrzebowałam. Dziękuję ci Mężu mój kochany!

***
A po powrocie mimo późnej pory, czekała na nas wykąpana, uśmiechnięta i przeszczęśliwa z powodu gości i naszego widoku Córeczka! Mała godzinka z hakiem i w końcu zasnęła. Ale w takie wieczory, to długie usypianie nie męczy, no prawie... ;)

17 stycznia 2012

Śniegowo

Dziś po raz pierwszy moje Dziecię stanęło na śniegu. W nocy porządnie napadało, więc ochoczo wyszłyśmy na spacer. Niestety, u nas temperatura dodatnia, więc wszystko topnieje, ale udało się nam chociaż trochę tego sniegu zaliczyć.

        

Matyldzia była jednak średnio tym mokrym śniegiem zainteresowana - bardziej ciągnęło ją do kałuży, he he.

    

A tu jeszcze na koniec - my dwie:


16 stycznia 2012

Posprzątała

Przed jakimiś dziesięcioma minutami wydarzyła się rzecz bez precedensu.

Matylda po kąpieli, w piżamie, stoi pode mną i czeka na mleko - woda się dopiero gotuje. Bez większej nadziei na posłuch proszę ją, żeby posprzątała jeszcze wszystkie kredki i pisaki, które wcześniej porozrzucała po całym dużym pokoju. Obecnie normalna reakcja na taką prośbę to oczywiście NIE!, i tu spotyka mnie niespodzianka - Matylda... bierze pudełko i zaczyna wkładać do niego wszystkie pisaki i kredki leżące na dywanie!!! Brak mi słów, w takim szoku jestem, wołam po cichu M, żeby był świadkiem, jaka ta nasza Córka porządna, oboje nie wierzymy własnym oczom.

Posprzątała wszystko. Bo porządek musi być ;). Jak skończyła, kazała sobie bić Blavo!!!, taka była z siebie zadowolona - i słusznie!

Teraz zasypia w swoim łóżku. Sama! Kochana jest ta moja Dziubka.

15 stycznia 2012

Nie-popychadło

Kontynuując moje wczorajsze wywody to niestety przesadziłam z tym śniegiem - napadało tyle co kot napłakał, więc o spacerku w śniegu nie było mowy. Ale wybrałyśmy się na kawkę do mojej przyjaciółki I, której synek Kacper i Matylda bardzo się lubią. Wizyta ta pokazała mi po raz kolejny, że Matylda jeszcze nie raz mnie zaskoczy (niby to wiem, ale wszelkie nowości są dla mnie nadal ciekawe i warte wspomnienia).

Otóż moje dziecię, jeszcze do niedawna będące największym popychadłem na placu zabaw, nie potrafiące walczyć o swoje, wykazało dziś kilka wręcz przeciwnych zachowań w stosunku do Kacpra - zabierała mu zabawki, których już za nic nie chciała oddać, odepchnęła go kilka razy od siebie, nie mocno, ale bardzo wyraźnie dając do zrozumienia, że ma się od niej odczepić... Nie było tego dużo, generalnie bardzo ładnie się Matylda z Kacprem bawiła, razem i osobno, było dużo śmiechu, nawet tańce wspólne były, ale te kilka 'odchyleń od normy' zwróciło moją uwagę.

Zastanawiam się oczywiście, skąd jej się to wzięło. Zaobserwowała w klubiku? Czy samo przyszło do jej główki? I to dwa dni po tym, jak pani w klubiku chwaliła ją za niesamowitą opiekuńczość w stosunku do innych dzieci, zwłaszcza kolegi Ksawerego,najmłodszego i najmniejszego w grupie. Zastanawiające... W sumie pierwszy raz widziałam ją w takiej akcji i powiem szczerze, że do końca nie wiedziałam jak zareagować. Bo czy to mogła być tylko taka nowa zabawa, testowanie mojej reakcji czy też jakieś zachowanie wynikające z głębszej przyczyny? Oczywiście od razu powiedziałam jej, że tak nie wolno, że nie zabiera się innym dzieciom zabawek, że się ich nie odpycha itp. I mam szczerą nadzieję, że się takie zachowanie za często nie będzie się powtarzać.

14 stycznia 2012

Zima przyszła!

Nareszcie! Doczekałam się! Zrobiło się naprawdę zimno, mróz na dworze w oczy szczypie i spadł śnieg! Koniec tej ohydnej łagodnej 'zimy', której nie znoszę. Miałam takową przez sześć lat pobytu na Wyspie i wystarczy, dziękuję. Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż kilka miesięcy szarugi, wiatru, ciemnych chmur i deszczu - to wszystko powodowało, że zawsze w marcu byłam już psychicznie wykończona tą pogodą. Prawdziwa zima jest mi potrzebna, regeneruje mnie!

Jak dobrze pójdzie, Matylda zaliczy jutro swój pierwszy spacer na śniegu - rok temu zimą jeszcze nie chodziła pieszo po śniegu - samodzielnie potuptała dopiero pod koniec lutego; mimo, że śniegu jeszcze było pod dostatkiem to na dworze nie chodziła, bo... nie miała odpowiedniego obuwia ;). A szczerze mówiąc szkoda mi było wydawać pieniądze na kozaki, które miały posłużyć raptem dwa tygodnie (wiem, wyrodna matka ze mnie...).

Łeeeee, właśnie zdałam sobie sprawę, że nie wzięłam aparatu fotograficznego do Mamy, gdzie spędzamy z Madą weekend... Co za guła ze mnie jest!

11 stycznia 2012

Anioł!

Uwaga! Wszystko, co napisałam ostatnio, cały poprzedni post, po ostatnich dwóch dniach odwołuję!!! Od wczoraj moja Córcia jest... no aniołem jest po prostu.

Wczoraj rano nic tej zmiany nie zapowiadało, Matylda obudziła się o 5:00 i ciężko jej wrócić do snu. Oczywiście to ja musiałam przy niej siedzieć i próbować ją uśpić z powrotem, Mąż, ku memu niekończącemu się zdumieniu, jest ciężko głuchy na jej jęki w nocy. Kiedy wybiła 6:15 stwierdziłam, że trudno - wstajemy, tym bardziej, że o 7:00 i tak wstać było trzeba, bo zaplanowaną mieliśmy zabawę w łapanie siuśków Matyldy do pojemnika na badanie moczu. Trzeba było zrobić posiew, więc o żadnych woreczkach czy siusianiu do wyparzonego nocnika mowy nie było w tym przypadku*. Jeśli ktoś myśli, że takie łapanie siuśków od dziecka, które wyraźnie nie ma ochoty na siusianie w powetrzu i potrafi wstrzymywać swoje potrzeby jest fajne i proste, nie miał do czynienia z Matyldą. Zajęło nam to, bagatela, jedynie półtorej godziny (czytaj - półtora długiego odcinka Teletubisiów) w pozycjach: mąż na kanapie trzyma Madę w pozycji siedzącej z pupą zwisającą nad miską, ja na podłodze przodem do nich wpatrująca się intensywnie Córci między nogi lub przy wyprostowywaniu się intensywnie nasłuchująca odgłosu siuśków odbijających się od miski. No czad po prostu! Udało się nam dopiero, kiedy Mada naprawdę się zdenerwowała, musiała w końcu ścierpnąć i zaczęliśmy jej tłumaczyć, że niestety będzie tak wisiała dopóki nie zrobi porządnego siusiu. Zrozumiała.

Reszta poranku była jeszcze ciężka, ja zmęczona, obolała, funkcjonowałam na zwolnionych obrotach, zanim się ogarnęłam, było już po 11:00 i stwierdziłam, że biorąc pod uwagę to jak krótko Matylda spała (raptem 7 godzin), nie ma sensu wychodzić już na spacer, bo Córcia powinna się niedługo robić senna. O 12:00 była już  nie do zniesienia i... poszła spać! To warto napisać, bo Mada przestała drzemać w zasadzie przed trzema miesiącami. Więc ta jej wczorajsza drzemka była cudnym prezentem. Spała przez trzy godziny, w ciągu których ja: wyspałam się, zrobiłam obiad, poczytałam książkę wyciągnięta na kanapie. Rewelacja!

I wszystko co dobre od tego się zaczęło! Matylda obudziła się w świetnym humorze, zjadła cały obiad (z dokładką), była wesoła, tańcząca, gadająca i zachwycona wszystkim, co ją otacza. Jak dawno tego nie doświadczyliśmy! Wieczorem zabraliśmy ją jeszcze na kontrolne badanie USG**, podczas którego nawet nie kwęknęła, a powiem więcej - zagadywała lekarza. Pan doktor był zszokowany, my też! My jeszcze szczęśliwi, że taki inny wieczór się nam zapowiada.

I nie zawiedliśmy się. Matylda po kąpieli... poszła sama do swojego łóżeczka, a po tatusiowym czytaniu, spokojnie w nim została i sama zasnęła. Nie było płaczu, wychodzenia, wołania nas, sprawdzania, nic. No anioł po prostu, jak już pisałam. Z Mężem oczy przecieraliśmy ze zdumienia.

Dzisiaj też miły dzień miałyśmy. Rano klubik malucha (Mada uwielbia tam chodzić), potem spacer - wiatr wiał co prawda niemiłosiernie, ale było sucho, więc wybrałyśmy się na plac zabaw, gdzie Matylda przez około 30 min bawiła się na zjeżdżalni. Nie ma się co dziwić, sama nie pamiętam już kiedy ostatnio się tam bawiła. Mnie było bardzo zimno, ale ona tak się na tym placu cieszyła, że nie miałam serca jej stamtąd zabierać. W domu znalazłyśmy się dopiero, gdy zgłodniała.

Cała reszta dnia to już z górki poleciała. Nic się w zasadzie nie wydarzyło, było po prostu miło, ciepło, przytulaśno, śmiesznie itp. Byłyśmy szczęśliwymi, kochającymi się matką i córką. kiedy dołączył do nas Tatuś, pojawiły się jeszcze piski i kwiki szczęścia, śmiechów i hihów nie było końca - Tatuś bardziej rozrywkowy jest.

Takie wieczory to balsam na mą duszę. Kocham mieć taką rodzinę. Niczego mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba. Oby jak najwięcej takich dni!

***
*Siusianie Mady to odrębna historia, na pewno kiedyś do niej wrócę, bo jest to temat, który mnie nurtuje już od jakiegoś czasu...

**Matylda tuż przed Świętami przechodziła ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek, którego leczenie zakończyło się dopiero tydzień temu - w tym tygodniu musieliśmy skontrolować czy poskutkowało. Wyniki są rewelacyjne na ten moment - zero bakterii w moczu i nerki wracające do normy! Uff...

9 stycznia 2012

Zniechęcona...

Dziś był ciężki dzień. Może nawet i nie cały, ale po południu dostałam w kość od Małej i to mocno. Zaczęło się oczywiście awanturą przy jedzeniu, niestety od jakiegoś czasu to nasz codzienny rytuał, ale dzisiaj było wyjątkowo ostro. Na obiad były pierogi i okazało się, że Matylda za nic w świecie ich nie ruszy, nie pomogły żadne z moich dotychczasowych forteli, ani próby jedzenia z jej talerza, ani wzajemne karmienie, po prostu odmówiła spożycia i koniec. Ale głodna była, a że ja nieprzygotowana nie miałam nic w alternatywie*, to się Córcia wściekła, zaczęła rzucać jedzeniem po stole, podłodze, sama też się na podłogę rzucała, a ja w ogóle nie mogłam do niej dotrzeć, żeby się uspokoiła. W końcu zmęczona chyba od tych wrzasków, zasnęła, niestety była już 17:00 więc za długo nie pozwoliłam jej spać - po obudzeniu jej kolejna awantura była sprawą oczywistą...

Dobrze, że chociaż do kąpieli poszła bez większych problemów, chociaż po ostatnich kąpiekowych wrzaskach (zaczęła odmawiać kąpieli z Tatą, a to był ich odwieczny rytuał), spodziewałam się i tu jazdy.

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że od jakiegoś czasu bardzo się do mnie przykleiła. Za bardzo. W zasadzie nic nie mogę robić w domu, tylko mam się z nią bawić, albo przynajmniej siedzieć w pomieszczeniu, w którym Mada akurat ma ochotę przebywać. Chata wygląda więc jak po wojnie, bo generowanie bałaganu to szybki proces, ale gdy nie ma kto ogarniać w miarę na bieżąco, to no comments. No i sprzątam wieczorami, nawet nie sprzątam, ogarniam tylko, żeby jakoś wyglądało... Ale ten bałagan też mnie irytuje. Cieszę się, że jestem dla Mady ważna, ale żadna przesada nie jest dobra dla nikogo.

Jestem zmęczona, zniechęcona swoją bezsilnością i zastanawiam się, co robię źle, że ostatnio Mada tak mi daje w kość.

*Dotychczas pierogi jadała raczej bez kwęknięcia, więc takiego obrotu spraw się nie spodziewałam.

8 stycznia 2012

Pierwsze czynne wsparcie

To nie jest pierwsza WOŚP w życiu Matyldy, ale o ile dobrze pamiętam, w zeszłym roku nie brała w tej akcji czynnego udziału. Dziś stało się inaczej - dowód poniżej. Proszę zwrócić uwagę na poważną minę mojej Dziewczynki - wyczuła wagę momentu ;).


7 stycznia 2012

Schody

O tym, że moje Dziecię jest wyjątkowo uparte, wiem od zawsze. Od urodzenia ta mała dama wyraźnie pokazywała nam (lub raczej wydawała wyraźne efekty dźwiękowe), że co jak co, ale w kaszę to ona sobie dmuchać nie da. I zawsze sobie myślałam 'I bardzo dobrze! Przynajmniej wie, czego chce'. Z biegiem czasu jednak coraz mniej mi się to podoba, tzn. nadal uważam, że dla niej to świetnie, dobrze, że jest asertywna, ale jednocześnie widzę z dnia na dzień coraz wyraźniej, że ja jako matka mam po prostu z takim dzieckiem przerąbane!* Bo charakter ma to to bardzo trudny.

Jeśli coś jest nie po myśli Córci, mamy głośną awanturę. I to może być wszystko: nie taki ciuch, nie ten soczek w nie tym kubku, nie ta książeczka, za wczesny powrót do domu z dworu, do tego z koniecznością wdrapywania się po schodach na drugie piętro... no masakra jakaś normalnie, bo mama z powodu jakiejś ciąży odmawia noszenia(!) itp itd. Ostatnio w domu tak krzyczała i wyła (piszę zarówno o intensywności jak i o długości), że bałam się, iż sąsiedzi naślą na mnie, jako na wyrodną matkę, pomoc społeczną. Poszło sortowanie prania przed włożeniem do pralki - Matyldy rozumienie wyrażenia 'pierzemy białe' różniło się zasadniczo od mojego i awantura gotowa... A w pionie łazienkowym wszelkie hałasy się tak pięknie niosą po sąsiadach...

Najbardziej mi się podoba, kiedy na spacerze to Mada decyduje gdzie idziemy - idzie z reguły przede mną i mówi 'Tam', pokazuje palcem, gdzie idziemy i maszeruje twardo. Zawsze, gdy zmienia kierunek, albo gdy ja próbuję zboczyć z jej azymutu, wyciąga palec w obranym kierunku i powtarza 'Tam', a jest przy tym taka poważna, że odechciewa się wszelkiej dyskusji ;)**.

Chociaż... co do schodów jeszcze to muszę oddać sprawiedliwość, że od jakiegoś tygodnia nie są one już problemem. Po kilku miesiącach ustawicznych awantur i tłumaczenia na klatce schodowej, że musi wchodzić sama, bo mama jej nosić nie może, Matylda zrozumiała o co mi chodzi i... zaczęła wchodzić samodzielnie! Oczywiście teraz, z jednej skrajności wpadła w drugą - nie chce, żeby jej jakkolwiek pomagać, wchodzi sama i kropka! Ale tak to ona już ma - jak już coś robi to sama, bo taka mała uparta Zosia-Samosia z niej jest ;).

Ale to wchodzenie po schodach to prawdziwy sukces jest!

*Tak naprawdę to nie chciałabym, żeby Mada była inna, ani odrobinę! Ale te 'kłótnie' o różne pierdoły potrafią być naprawdę wykańczające.

**Oczywiście, kiedy mam coś do załatwienia, nie jestem taka bierna - staram się jej wyjaśnić, że teraz/dziś 'tam' nie pójdziemy bo mamy coś pilnego do zrobienia gdzie indziej, ale może potem/jutro pójdziemy 'tam' jeszcze, jak czas i siły pozwolą... O dziwo - z reguły działa. Dzieciaki są naprawdę mądre.

4 stycznia 2012

...i jeszcze szybko o Sylwestrze

Ostatni wieczór 2011 r. spędziliśmy w towarzystwie I. i P. oraz ich synka Kacpra. Oczywiście o szalonej imprezie nie było mowy, bo po pierwsze były dzieci, a po drugie mój stan na żadne szaleństwa mi nie pozwala, ale i tak było przemiło.

Jedno, co jasno można stwiedzić, to to, że dzieciaki dały czadu! Obydwoje świetnie się bawili przez cały wieczór. Cały!!! Matylda jeszcze po pólnocy trzymała fason - przed północą odstawiła jeszcze taniec do piosenki Adele, a przy powitaniu Nowego Roku trzymała dzielnie zimne ognie, sama. Była naprawdę przecudaśna w ten wieczór, padła dopiero po 1:00.

Poniżej - mały fotoreportaż z wieczoru:


A najmilszą rzeczą z tego wszystkiego było to, że w Nowy Rok nasza córcia pozwoliła nam pospać do... 10:00! Taka rozpusta nie miała miejsca od prawie dwóch lat!

Poświątecznie

Wiem, dawno już po świętach, nawet Sylwester już jest mglistym wspomnieniem, ale było nam w ten czas tak wyjątkowo, że muszę tu małą retrospekcję zaserwować.

Z powodu mojej dość zaawansowanej już ciąży, zwolniona zostałam w tym roku z jakiegokolwiek pichcenia. Nie, żebym w ogóle była urodzoną kucharką, ale tym razem nie robiłam w zasadzie nic, całą kolację wigilijną przygotowały moja Mama i Teściowa, z pomocą Siostry i Szwagierki. W związku z tym u nas całe zamieszanie zaczęło się dopiero w piątek, 23-go, uberaniem choinki. Matylda, która aktywnie pomagała rodzicom w przystrajaniu drzewka była nim wyraźnie zaaferowana i zachwycona ozdobami:


Wieczorem za to zabrałyśmy się za pieczenia kruchych ciasteczek migdałowych: 


Matyldzia dzielnie mi pomagała, najpierw przy obieraniu migdałów, a potem w wycinaniu gwiazdkowych słodkości:


Było to nasze pierwsze wspólne pieczenie, a o tym jak bardzo Madzie się podobało niech świadczy fakt, że jeszcze wczoraj widząc wałek do ciasta, namawiała mnie w swoim slangu do powtórki ;).

Wigilia i Święta też były pełne wrażeń. Kolacja z powodu drzemki naszej Dziuby nieco się opóźniła - poniżej obudzona Mada oczekuje gości. Jest rozkosznie przejęta, jakby czuła, że to wyjątkowy wieczór.


Kolacja minęła nam w cudownej atmosferze. Było dużo śmiechu, radości oraz zadumy, jak to zwykle w Wigilię.

W końcu nadszedł czas na prezenty. Muszę przyznać, że nadal z niecierpliwością czekam na ten moment, zupełnie jak dziecko. Czekam, ale inaczej. Nie interesują mnie już tak bardzo moje prezenty, o wiele ciekawsze jest teraz obserwowanie reakcji Matyldy na to, co znajdzie w swoich paczkach. W tym roku, każdy prezent ją zachwycił. A oto i jej zdobycze (wiem, trochę to materialne podejście, ale myślę, że kiedyś z przyjemnością przeczyta, co dostała na swoją drugą Gwiazdkę):
  • domek sorter z kluczykami,
  • duże łóżko,
  • samochodzik z rodziną świnki Peppy (jednej z dwóch ul.ubionych bajek M.)
  • odtwarzacz CD dla dzieci,
  • klocki Hello Kitty,
  • 6 płyt z Teletubisiami (uwielbia!),
  • grająca skrzynka na listy,
  • kurtka.
Sporo tego... Ale taki jest przywilej jedynego dziecka w rodzinie...

A poniżej Mada z rana w Boże Narodzenie - ledwo się obudziła, pobiegła bawić się swoimi nowymi zabawkami:

Resztę Świąt spędziliśmy już poza domem - najpierw u Teściów, potem u mojej Mamy. Matylda była w swoim żywiole - wszyscy się nią zajmowali, bawili... Mnie oczywiście też się to podobało, czasem trzeba od siebie odpocząć, nie ważne jak bardzo się kocha.

Tu - rozszyfrowywanie telefonu Dziadków; figle w oczach mówią same za siebie:


Domek oczywiście został do Dziadków zabrany - jak widać, spełniał swoją rolę:


I tu też:


Na ostatnim zdjęciu - Mada z Goją, psem mojej Siostry i chyba najważniejszą 'osobą' w życiu mojej córci, bo co rusz o niej opowiada i pyta, kiedy pojedziemy 'Goja do'?

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, Święta też... Cieszę się jednak, że były, że udało się nam stworzyć choć trochę wyjątkowej atmosfery. Dla Niej.

2 stycznia 2012

No to zaczynamy pisanie

Jestem mamą niespełna dwuletniej Matyldy, największego szczęścia, jakie mnie dotąd spotkało oraz małego brzdąca, który obecnie przesiaduje jeszcze w moim brzuchu i ma przyjść na świat za około dwa miesiące. To o nich będzie ten blog. Piszę, bo chcę zachować jak najwięcej z tego, o czym się z często zapomina - o zwykłych-niezwykłych zdarzeniach z życia zwyczajnej rodziny, szczególnie tych dotyczących dzieci, by jak najmniej rozmazało się w głowach w przyszłości, ale przede wszystkim, by moje Dziubki dwa mogły to kiedyś przeczytać i, kto wie, może nawet mieć przy tym frajdę(?)
***
Za pisanie brałam się już kilkakrotnie, zawsze jednak coś mi przeszkadzało, rozpraszało. Mam więc szczerą nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że TU będzie mi dobrze. Pożyjemy, zobaczymy...