Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

3 marca 2012

Mam dość!

Dziś znowu malkontentka się we mnie odzywa, przepraszam za ten nudny smutek.

Matyldzia na nowo chora; ze względu na przedłużającą się i zaogniającą się infekcję, tym razem bez antybiotyków się nie obyło :(. Prawdopodobnie wszystkiemu winny przerośnięty trzeci migdał - laryngolog na wizycie w poniedziałek określiła go jako bardzo duży i brzydki i zakwalifikowała go do natychmiastowego wycięcia. Niestety na NFZ 'natychmiastowe' oznacza 'za 6 miesięcy'. Przyznam szczerze, że na początku byłam nawet przeciwna zabiegowi (narkoza dla takiego malucha???), ale kiedy we wtorek Mała dostała temperaturę i kaszel, zdanie zmieniłam i najchętniej wycięłabym jej to g... od razu. Pediatra też w środę poradziła, by w miarę możliwości spróbować usunąć wcześniej, bo migdał jest w strasznym stanie i będzie powodował nawracające infekcje. A sama Mada przez niego ma problemy z normalnym oddychaniem, a co za tym idzie - ze spaniem i jedzeniem, jest przemęczona i rozdrażniona... Wszystko się zgadza. Spróbujemy więc uderzyć gdzieś wcześniej, bo nie mamy na co czekać z ciachnięciem tego 'tworu'.

Od wtorku więc znowu nie sypiam ani w dzień, ani w nocy, jestem przemęczona i zła. Dzisiaj Matyldzie załączył się mega kaszel, a do tego, a raczej powinnam napisać przez to jest strasznie marudna i wścieka się o byle co - obudziła się głodna, ale żadne jedzenie nie odpowiadało, poszła z Tatą na spacer, ale chciała jeszcze gdzieś jechać samochodem,, poza tym od wczoraj odmawia brania leków, przez co podajemy je jej na siłę - wygląda to drastycznie, ale inaczej się nie da... Żal mi jej, bo jest taka biedniutka, widać, że cierpi, że jest już tym wszystkim zmęczona, ale jednocześnie moja cierpliwość jest już tak nadwyrężona, że jak tylko włącza się jej wyjec, ja dostaję szału, skutkiem czego krzyknęłam na nią parę razy. Oczywiście zaraz potem włączają się wyrzuty sumienia, do tego hormony szaleją - płaczę więc regularnie od wczoraj wieczora... Czuję, jakby wszystko mi się waliło, że tracę grunt pod nogami, że z niczym nie daję rady. Źle mi.

Wyglądam jak zombie - nic tylko do porodu jechać!
***
A co do porodu to wszystko przede mną. Jakieś tam pierwsze skurcze się już pojawiły, ale na krótko i w zasadzie nie ma o czym mówić. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje w tej chwili u nas w domu, to wcale się nie dziwię, że Igorowi się nie spieszy na spotkanie z nami ;). Na szczęście u niego wszystko dobrze.

25 lutego 2012

Jeszcze o I...

Wczoraj moja ciąża ukończyła 39 tygodni i byłam na kontroli u ginekologa, więc mogę zgłosić aktualizację co do mojego stanu i stanu Igora.

Igor ma się dobrze, leży sobie od dawna główką do dołu i choć jest mu już ciasno, sporo się rusza (o, nawet teraz masakruje mi pęcherz i szyjkę macicy...). Waży około 3,6 kg, co wczoraj odpowiadało dokładnie 39 t.c. Czyli nieźle, nie urósł za bardzo, a ja z moją posturą małego dzidziusia na tym etapie mieć nie mogę ;). Powinnam urodzić go bez problemu - to słowa mojego lekarza. Oby się sprawdziły.

Mój organizm powoli przygotowuje się do porodu, coś tam niby się dzieje, choć ja nic nie czuję. Ale z Córcią też tak było - dopiero w dniu porodu poczułam pierwsze bóle, wcześniej wszelkie skurcze przepowiadające, stawianie macicy itp mnie omijały, a przynajmniej byłam na nie nieczuła. Czy i tym razem też tak będzie - zobaczymy.

Co noc kładę się z lekkim kołataniem serca, zastanawiam się czy aby nie jest to TA noc, kiedy wszystko się zacznie. Boję się bardziej niż za pierwszym razem - wiem mniej więcej co mnie czeka i chociaż poród Matyldy był dość łatwy, jak na poród, to nie było to wydarzenie bezbolesne i nie jest tak, że mogłabym to robić codziennie. Więc czy to dziwne, że się denerwuję?

To, że za chwilę będę miała dwoje dzieci jest także przerażające w swojej cudowności... Jak ja dam sobie radę?

Na luzie z Mamą

Ale fajny, spokojny dzień dzisiaj miałyśmy. Matylda od rana była cudowna - dała mi pospać do 8:30, po mleku leżałyśmy sobie jeszcze w łóżku przez prawie godzinę, spędzając ten wolny czas na pogaduchach, przytulankach i rozśmieszankach. Uwielbiam takie powolne poranki, kiedy nic nas nie goni, nie ma tysiąca spraw do załatwienia, czy miejsc, w których musimy być. Tak rzadko się zdarzają, musiałam to wykorzystać, tym bardziej, że to ostatnie taki dni na jakiś czas... Wstałyśmy więc ze spokojem około 9:30, zjadłyśmy powolne śniadanie i ze spokojem przeszłyśmy do dalszego ciągu dnia.

Mąż co prawda spędzał cały dzisiejszy dzień na uczelni, ale przyjechała do nas moja Mama, a to zawsze dobrze mi robi. Oczywiście fizycznie za dużo mnie nie odciąża z powodu ręki w gipsie, ale już sama jej obecność obok poprawia mi nastrój i samopoczucie. Nie widziałyśmy się od trzech tygodni, więc stęskniłyśmy się wszystkie za sobą niezmiernie. Wiadomo, najmocniej Mama tęskniła za Madą, jak to babcia za jedyną wnusią... A wnusia nie omieszkała tego wykorzystać - zaciągała Babcię do zabawy we wszystko co się dało, na co Baba dawała się namówić. Było namiętne rysowanie, turlanie piłki po korytarzu, czytanie...  Podejrzewam, że Baba będzie w nocy spała jak ten susełek ;).

Ja za to miałam dużo chwil wytchnienia, nawet obiadu nie robiłam, stwierdziłam, że zamówienie pizzy krzywdy nikomu nie zrobi. I rzeczywiście, wszyscy byli zadowoleni, a Matylda chyba najbardziej - począwszy od tego, że pan przyniósł mniam mniam do domu, a na otwieraniu pudeł i intensywnym badaniu pizzy skończywszy. Samo danie też nawet jej smakowało - wiem, nie jest to zbyt zdrowe i normalnie nie serwuję takich rzeczy mojej rodzinie, ale bez przesady, od jednej pizzy nasze zdrowie się chyba nie pogorszy.

I chyba dobrze się stało, że spędziłam ten dzień w taki leniwy sposób (choć spacer był oczywiście - obowiązkowo w taki dzień, gdy nie ma wielkiego mrozu, mega deszczu i wiatru), bo właśnie spojrzałam na moje stopy i... o matko!!!! gdzie moje kostki??????? Palce u rąk też jakieś takie parówkowe się zrobiły - kurka, ale napuchłam... No, to się chyba położę, nogi do góry muszą iść, koniecznie!

23 lutego 2012

Cisza w eterze

Taaaa, cisza nastała... Ale jeszcze nie z powodu tego, że jesteśmy PO wiadomo czym, to tylko z powodu mojego złego samopoczucia i braku chęci i siły na cokolwiek. Ile razy zabrałam się za pisanie, z pustą głową rezygnowałam po jakimś czasie...

Mada ma się dobrze, zdrowotnie coraz lepiej, choć nadal jeszcze chrapie z nocy i nos ma zapchany. Pediatra podejrzewa przerośnięty trzeci migdał :/, w poniedziałek jedziemy (lub jadą) do laryngologa, zobaczymy, co powie.. Mam nadzieję, że to jednak jakaś beznadziejna przydługa infekcja, lub przeschnięte śluzówki - dzisiaj powietrze zrobiło się wilgotne i jakoś jakby lepiej było, ale może sobie tylko to wmawiam(?).

Poniżej - Matylda w czasie inhalacji. O dziwo - bardzo je lubi. Zapewne fakt, że zawsze włączamy jej przy tym bajkę nie ma z tym nic wspólnego ;). Ale jak inaczej zmusić dziecko do siedzenia i wdychania wilgotnego powietrza przez 10 minut i to dwa razy dziennie?


***
Po trzech tygodniach przerwy, z radością wróciła do klubu malucha. Nie wiem, kto się bardziej na to cieszył - ona czy ja, hehe. Chyba już obydwie mamy dosyć siedzenia w domu, tego duszenia się we własnym sosie.

Matylda uwielbia chodzić 'do dzici', zabranie jej stamtąd zajmuje mi średnio jakieś 15 minut, teraz, po przerwie - około pół godziny. Inne dzieci cieszą się na widok swoich matek w drzwiach; moja Córka - spojrzy, utwierdzi się w przekonaniu, że ja to ja, po czym spokojnie wraca do zabawy, układanki, tańca czy cokolwiek tam właśnie ma do roboty. Moje radosne wołanie o pójście do domu pozostaje bez echa, ewentualnie odpowie mu tubalny ryk 'Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!' No i z sali w końcu wynoszę ją siłą, na rękach, inaczej nie da rady. Wczoraj to nawet dwa razy mi jeszcze uciekła z powrotem na salę, w butach, w kurtce... Nie ma to jak siłować się z dwulatkiem, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży - chyba nic tak mi dobrze na kondycję nie robi...

Matylda podobno jest ewenementem w tej kwestii, jedynym dzieckiem, które nigdy tam w klubiku nie płakało za mamą, jedynym, które nie reaguje negatywnie na płacz innych dzieciaków. Ba, ona nawet potrafi rozweselać płaczące dzieciaki! W sumie to się cieszę, że to takie cygańskie dziecko, nie zniosłabym chyba jej płaczu przy zostawianiu jej z kimkolwiek innym. Oby jej to zostało, kiedy pójdzie do przedszkola, szkoły... Kiedy czasem we wrześniu z rana patrzę na mamy prowadzące płaczące trzylatki do przedszkoli to serce mi się kraje - te mamy nie mają wyboru, ale to cierpienie ich dzieci potrafi mnie fizycznie boleć. Mam nadzieję, że mnie to nie czeka, choć nigdy nie wiadomo.
***
No nic, późno się robi, idę się położyć. Kto wie, co mnie w nocy czeka, muszę być gotowa na wszystko.
***
Boję się trochę...

15 lutego 2012

Udało się!

Uwaga - uśpiłam właśnie małego szkraba! Pierwsza drzemka od nie wiem kiedy. co za szczęście, że jeszcze czasem się udaje! Zajęło mi to raptem godzinę, ale co tam, skutek się liczy w tym wypadku!

Dzisiaj się zawzięłam, bo Matylda znowu już od samej pobudki zmęczona się wydawała - naprawdę ona tych drzemek jeszcze potrzebuje! A my dzisiaj same do późna jesteśmy, bo Mąż wziął dodatkową robotę na wieczór i wróci nie wiadomo kiedy. Stwierdziłam więc, że cały dzień z marudzącym dzieckiem jest ponad moje siły, tym bardziej, że nie czuję się dziś najlepiej, brzuch mnie ciągnie (zastanawiam się nawet czy to już nie pierwsze, delikatne oznaki zbliżającego się porodu), na dworze wichura, że od samego patrzenia przez okno robi się człowiekowi zimno, więc na spacer dzisiaj nie idziemy i się zawzięłam na usypianie. Lekko nie było - sąsiedzi od poniedziałku sobie remont urządzili, więc tym bardziej jestem z siebie dumna, z Córci zresztą też.

Korzystając z tej jakże rzadkiej okazji, a także biorąc pod uwagę moje dzisiejsze samopoczucie, też idę się położyć!!! Co za fantastyczne uczucie.

13 lutego 2012

Na końcówce

Jestem ostatnio tak zmęczona, że nie mam siły myśleć, co napisać, nie mówiąc już o wprowadzeniu pisania w życie. Chyba ta końcówka ciąży naprawdę mi ciąży... Ale jeszcze tylko trochę, parę dni, może tygodni. Potem zapewne będę tęsknić do tych ciążowych dolegliwości, bo są one ceną za ciszę ;).

Mada jest bezlitosna - nie daje mi usiąść na pięć minut, a nawet jeśli już uda mi się posadzić cztery litery np. na kanapie, w mgnieniu oka M przybiega, żeby się przytulić, a raczej powinnam napisać, uwala się na mnie całą sobą. O jakimkolwiekk relaksie mogę zapomnieć, bo muszę pilnować brzucha, który staje się wdzięcznym przedmiotem tych pieszczotliwych ataków. A Młoda już piórkiem od dawna nie jest, jak się położy na mnie te 12,5 kg to... no ciężko jest po prostu. Miłe są te przytulanki, cieszę się, że tak mi Córcia miłość okazuje, ale w tej chwili męczą mnie one z lekka.

30 stycznia 2012

On czyli idzie nowe

Jak wszystkie kalendarze wskazują, od piątku pozostało mi już tylko pięć tygodni do terminu porodu. Auć, to już naprawdę niedługo, trudno mi w to uwierzyć. Tak niedawno przecież zrobiłam test, na którym, trochę niespodziewanie zobaczyłam te dwie kreseczki, a tu już końcówka. Przecież TO nawet może wydarzyć się wcześniej! Już za tydzień, dwa!

A ja w ogóle jestem nieprzygotowana... Ciąża z drugim dzieckiem to zupełnie inne podejście niż pierwsza. W ciąży z Matyldą ciągle o tym co mnie czeka rozmyślałam, wyobrażałam sobie jak to będzie, gdy już ten słodki bobas (bo co do tego, że słodki będzie, wątpliwości nie miałam) na dobre pojawi się w naszym życiu, jak będziemy go/ją kochać, bawić się itd. Dziecko i ciąża, mimo, że pracowałam zawodowo, opanowały moje myśli na całe dziewięć miesięcy. A teraz? Hmmm, to nie tak, że w ogóle nie myślę o dziecku, bo myślę całkiem sporo, ale nie jest to już tak intensywne. Nie mam już chyba tyle czasu na myślenie - Matylda jest bezlitosna, jeśli chodzi o dawanie matce świętego spokoju, a poza tym wiem mniej więcej co mnie czeka, tzn, doświadczyłam trudnej opieki nad trudnym noworodkiem i zdaję sobie sprawę z tego, że lekko nie będzie. I chyba jestem tym z lekka przerażona.

Tym niemniej kocham mojego synka, od kiedy wiem, że istnieje. I nie mogę się już doczekać naszego spotkania. Bo to chłopak będzie! Wiem o tym od 3 listopada - zdjęcie USG wg pani położnej, która je zrobiła, nie budziło wątpliwości, zresztą, ja swoim amatorskim okiem też widziałam wszystko 'jak na dłoni' ;). Od początku ciąży wiedziałam, tzn. czułam, że to On będzie, podobnie jak przy M czułam, że noszę pod sercem dziewczynkę. Nie wiem, jakiś szósty zmysł mi się w tej kwestii wlączył. Mój Mały będzie miał na imię Igor.

Igor już w fazie bytności w brzuchu pokazuje, że jest zupełnie inną jednostką niż jego siostra. Jest znacznie bardziej ruchliwy i dużo silniejszy. Mada nigdy nie kopała tak mocno i dużo, choć też nie była leniuszkiem. Kopniaki Igora od dawna powodują moje syki i jęki, i mimo, że ma tam w środku coraz mniej miejsca, siła jego ruchów nie zmniejsza się. Nie jest też tak wrażliwy na chodzenie jak Matylda - jej przy chodzeniu prawie w ogóle nie czułam, spała; Igor za to nieraz powoduje, że muszę przystanąć na spacerze, bo ból od kopniaka jest nie do zniesienia, taki mnie prąd przechodzi. Cieszę się z tych ruchów, bo to poprzez nie Igor mówi mi, że ma się dobrze, że wszystko w porządku, że nie muszę się o niego martwić. Czasem jednak dają mi w kość, szczególnie w nocy, gdy chciałabym sobie pospać, a tu mojemu Maleństwu w brzusiu włącza się tryb piłkarza - i nocka w jakiejś części z głowy.

Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie, z wyglądu i charakteru. Czy będzie męską wersją Matyldy, czy też zupełnie inną mieszanką genów moich i Męża? Czy będzie takim wymagającym i od początku mega towarzyskim człowiekiem jak jego Siostra, czy też będzie noworodkiem-aniołem, który tylko je i śpi? Jak szybko załapie o co chodzi w ssaniu piersi? Tyle tych niewiadomych, które z czasem jedna po drugiej zaczną się ujawniać. Nie mogę się doczekać tego odkrywania jego osobowości, to chyba najbardziej ekscytujące w byciu rodzicem.

A póki co, czeka mnie jeszcze mnóstwo prania, prasowania, układania... no i torbę do szpitala trzeba by spakować. I pewnie jeszcze cała masa innych rzeczy, do których nie mam w ogóle głowy. Śmieszne to, że przy Matyldzie, już od dawna wszystko miałam przemyślane i pamiętam, że szczerze dziwiły mnie ciężarne-po-raz-kolejny, które przyznawały, że są daleko w tyle z przygotowaniami do przyjścia kolejnego potomka na świat, mimo, iż zostało im tylko kilka tygodni do rozwiązania. Teraz sama mam takie podejście. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia.