25 lutego 2012

Jeszcze o I...

Wczoraj moja ciąża ukończyła 39 tygodni i byłam na kontroli u ginekologa, więc mogę zgłosić aktualizację co do mojego stanu i stanu Igora.

Igor ma się dobrze, leży sobie od dawna główką do dołu i choć jest mu już ciasno, sporo się rusza (o, nawet teraz masakruje mi pęcherz i szyjkę macicy...). Waży około 3,6 kg, co wczoraj odpowiadało dokładnie 39 t.c. Czyli nieźle, nie urósł za bardzo, a ja z moją posturą małego dzidziusia na tym etapie mieć nie mogę ;). Powinnam urodzić go bez problemu - to słowa mojego lekarza. Oby się sprawdziły.

Mój organizm powoli przygotowuje się do porodu, coś tam niby się dzieje, choć ja nic nie czuję. Ale z Córcią też tak było - dopiero w dniu porodu poczułam pierwsze bóle, wcześniej wszelkie skurcze przepowiadające, stawianie macicy itp mnie omijały, a przynajmniej byłam na nie nieczuła. Czy i tym razem też tak będzie - zobaczymy.

Co noc kładę się z lekkim kołataniem serca, zastanawiam się czy aby nie jest to TA noc, kiedy wszystko się zacznie. Boję się bardziej niż za pierwszym razem - wiem mniej więcej co mnie czeka i chociaż poród Matyldy był dość łatwy, jak na poród, to nie było to wydarzenie bezbolesne i nie jest tak, że mogłabym to robić codziennie. Więc czy to dziwne, że się denerwuję?

To, że za chwilę będę miała dwoje dzieci jest także przerażające w swojej cudowności... Jak ja dam sobie radę?

Na luzie z Mamą

Ale fajny, spokojny dzień dzisiaj miałyśmy. Matylda od rana była cudowna - dała mi pospać do 8:30, po mleku leżałyśmy sobie jeszcze w łóżku przez prawie godzinę, spędzając ten wolny czas na pogaduchach, przytulankach i rozśmieszankach. Uwielbiam takie powolne poranki, kiedy nic nas nie goni, nie ma tysiąca spraw do załatwienia, czy miejsc, w których musimy być. Tak rzadko się zdarzają, musiałam to wykorzystać, tym bardziej, że to ostatnie taki dni na jakiś czas... Wstałyśmy więc ze spokojem około 9:30, zjadłyśmy powolne śniadanie i ze spokojem przeszłyśmy do dalszego ciągu dnia.

Mąż co prawda spędzał cały dzisiejszy dzień na uczelni, ale przyjechała do nas moja Mama, a to zawsze dobrze mi robi. Oczywiście fizycznie za dużo mnie nie odciąża z powodu ręki w gipsie, ale już sama jej obecność obok poprawia mi nastrój i samopoczucie. Nie widziałyśmy się od trzech tygodni, więc stęskniłyśmy się wszystkie za sobą niezmiernie. Wiadomo, najmocniej Mama tęskniła za Madą, jak to babcia za jedyną wnusią... A wnusia nie omieszkała tego wykorzystać - zaciągała Babcię do zabawy we wszystko co się dało, na co Baba dawała się namówić. Było namiętne rysowanie, turlanie piłki po korytarzu, czytanie...  Podejrzewam, że Baba będzie w nocy spała jak ten susełek ;).

Ja za to miałam dużo chwil wytchnienia, nawet obiadu nie robiłam, stwierdziłam, że zamówienie pizzy krzywdy nikomu nie zrobi. I rzeczywiście, wszyscy byli zadowoleni, a Matylda chyba najbardziej - począwszy od tego, że pan przyniósł mniam mniam do domu, a na otwieraniu pudeł i intensywnym badaniu pizzy skończywszy. Samo danie też nawet jej smakowało - wiem, nie jest to zbyt zdrowe i normalnie nie serwuję takich rzeczy mojej rodzinie, ale bez przesady, od jednej pizzy nasze zdrowie się chyba nie pogorszy.

I chyba dobrze się stało, że spędziłam ten dzień w taki leniwy sposób (choć spacer był oczywiście - obowiązkowo w taki dzień, gdy nie ma wielkiego mrozu, mega deszczu i wiatru), bo właśnie spojrzałam na moje stopy i... o matko!!!! gdzie moje kostki??????? Palce u rąk też jakieś takie parówkowe się zrobiły - kurka, ale napuchłam... No, to się chyba położę, nogi do góry muszą iść, koniecznie!

23 lutego 2012

Cisza w eterze

Taaaa, cisza nastała... Ale jeszcze nie z powodu tego, że jesteśmy PO wiadomo czym, to tylko z powodu mojego złego samopoczucia i braku chęci i siły na cokolwiek. Ile razy zabrałam się za pisanie, z pustą głową rezygnowałam po jakimś czasie...

Mada ma się dobrze, zdrowotnie coraz lepiej, choć nadal jeszcze chrapie z nocy i nos ma zapchany. Pediatra podejrzewa przerośnięty trzeci migdał :/, w poniedziałek jedziemy (lub jadą) do laryngologa, zobaczymy, co powie.. Mam nadzieję, że to jednak jakaś beznadziejna przydługa infekcja, lub przeschnięte śluzówki - dzisiaj powietrze zrobiło się wilgotne i jakoś jakby lepiej było, ale może sobie tylko to wmawiam(?).

Poniżej - Matylda w czasie inhalacji. O dziwo - bardzo je lubi. Zapewne fakt, że zawsze włączamy jej przy tym bajkę nie ma z tym nic wspólnego ;). Ale jak inaczej zmusić dziecko do siedzenia i wdychania wilgotnego powietrza przez 10 minut i to dwa razy dziennie?


***
Po trzech tygodniach przerwy, z radością wróciła do klubu malucha. Nie wiem, kto się bardziej na to cieszył - ona czy ja, hehe. Chyba już obydwie mamy dosyć siedzenia w domu, tego duszenia się we własnym sosie.

Matylda uwielbia chodzić 'do dzici', zabranie jej stamtąd zajmuje mi średnio jakieś 15 minut, teraz, po przerwie - około pół godziny. Inne dzieci cieszą się na widok swoich matek w drzwiach; moja Córka - spojrzy, utwierdzi się w przekonaniu, że ja to ja, po czym spokojnie wraca do zabawy, układanki, tańca czy cokolwiek tam właśnie ma do roboty. Moje radosne wołanie o pójście do domu pozostaje bez echa, ewentualnie odpowie mu tubalny ryk 'Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!' No i z sali w końcu wynoszę ją siłą, na rękach, inaczej nie da rady. Wczoraj to nawet dwa razy mi jeszcze uciekła z powrotem na salę, w butach, w kurtce... Nie ma to jak siłować się z dwulatkiem, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży - chyba nic tak mi dobrze na kondycję nie robi...

Matylda podobno jest ewenementem w tej kwestii, jedynym dzieckiem, które nigdy tam w klubiku nie płakało za mamą, jedynym, które nie reaguje negatywnie na płacz innych dzieciaków. Ba, ona nawet potrafi rozweselać płaczące dzieciaki! W sumie to się cieszę, że to takie cygańskie dziecko, nie zniosłabym chyba jej płaczu przy zostawianiu jej z kimkolwiek innym. Oby jej to zostało, kiedy pójdzie do przedszkola, szkoły... Kiedy czasem we wrześniu z rana patrzę na mamy prowadzące płaczące trzylatki do przedszkoli to serce mi się kraje - te mamy nie mają wyboru, ale to cierpienie ich dzieci potrafi mnie fizycznie boleć. Mam nadzieję, że mnie to nie czeka, choć nigdy nie wiadomo.
***
No nic, późno się robi, idę się położyć. Kto wie, co mnie w nocy czeka, muszę być gotowa na wszystko.
***
Boję się trochę...

15 lutego 2012

Udało się!

Uwaga - uśpiłam właśnie małego szkraba! Pierwsza drzemka od nie wiem kiedy. co za szczęście, że jeszcze czasem się udaje! Zajęło mi to raptem godzinę, ale co tam, skutek się liczy w tym wypadku!

Dzisiaj się zawzięłam, bo Matylda znowu już od samej pobudki zmęczona się wydawała - naprawdę ona tych drzemek jeszcze potrzebuje! A my dzisiaj same do późna jesteśmy, bo Mąż wziął dodatkową robotę na wieczór i wróci nie wiadomo kiedy. Stwierdziłam więc, że cały dzień z marudzącym dzieckiem jest ponad moje siły, tym bardziej, że nie czuję się dziś najlepiej, brzuch mnie ciągnie (zastanawiam się nawet czy to już nie pierwsze, delikatne oznaki zbliżającego się porodu), na dworze wichura, że od samego patrzenia przez okno robi się człowiekowi zimno, więc na spacer dzisiaj nie idziemy i się zawzięłam na usypianie. Lekko nie było - sąsiedzi od poniedziałku sobie remont urządzili, więc tym bardziej jestem z siebie dumna, z Córci zresztą też.

Korzystając z tej jakże rzadkiej okazji, a także biorąc pod uwagę moje dzisiejsze samopoczucie, też idę się położyć!!! Co za fantastyczne uczucie.

13 lutego 2012

Dzień na NIE

Dzisiaj był kolejny ciężki dzień - weekend był dość intensywny - zakupy (trzeba było wykorzystać weekendową obecność Tatusia w domu!), wizyta Babci, wczoraj spacer, wycieczka z Tatą samochodem i kolejne zakupy oraz wizyta Jagody i wujka Marcina, którzy spontanicznie nas wczoraj odwiedzili. Jagoda jest starsza od Matyldy o jakieś półtora roku, ale muszę przyznać, że świetnie się dziewczyny dogadywały - w ogóle nas, czyli dorosłych nie potrzebowały, wszystkie 'konflikty' rozwiązywały same, między sobą. Fajnie.

Tu dziewczyny budują domy:



Matylda z powodu swojego niekończącego się kataru, od ponad dwóch tygodni nie miała bezpośredniego kontaktu z dziećmi, więc spotkanie z Jagodą dostarczyło jej wielu wrażeń, skutkiem czego późno poszła spać, a dzisiaj obudziła się zmęczona, marudna i wredna. Wszystko było nie tak. Śniadanie - ble! Na spacerze - źle, bo zimno, śnieg, bo odmówiłam pójścia do sklepu, a na koniec, bo trzeba iść do domu... Około południa ledwo patrzyła na oczy, ale po godzinie usypiania nadzieja na drzemkę ostatecznie prysła. Bo po co ucinać sobie drzemkę w środku dnia?!? 

Doszłam ostatnio do wniosku, że to ten jej wstręt do spania w dzień jest powodem wszelkich problemów, jakie mamy z Matyldą . Ona jeszcze tych drzemek potrzebuje, ale jak ją do nich przekonać??? 

Na końcówce

Jestem ostatnio tak zmęczona, że nie mam siły myśleć, co napisać, nie mówiąc już o wprowadzeniu pisania w życie. Chyba ta końcówka ciąży naprawdę mi ciąży... Ale jeszcze tylko trochę, parę dni, może tygodni. Potem zapewne będę tęsknić do tych ciążowych dolegliwości, bo są one ceną za ciszę ;).

Mada jest bezlitosna - nie daje mi usiąść na pięć minut, a nawet jeśli już uda mi się posadzić cztery litery np. na kanapie, w mgnieniu oka M przybiega, żeby się przytulić, a raczej powinnam napisać, uwala się na mnie całą sobą. O jakimkolwiekk relaksie mogę zapomnieć, bo muszę pilnować brzucha, który staje się wdzięcznym przedmiotem tych pieszczotliwych ataków. A Młoda już piórkiem od dawna nie jest, jak się położy na mnie te 12,5 kg to... no ciężko jest po prostu. Miłe są te przytulanki, cieszę się, że tak mi Córcia miłość okazuje, ale w tej chwili męczą mnie one z lekka.

11 lutego 2012

Odrobina przyjemności

Prawdopodobnie ostatni wypad do kina, ostatni przed pojawieniem się I czyli na dłużej nieokreślony czas, mam zaliczony. "Dziewczyna z tatuażem" mnie nie zawiodła, mimo wprowadzenia paru zmian w scenariuszu w stosunku do książkowego pierwowzoru.

Mada za to pysznie bawiła się z Babcią G., pod opieką której na wieczór została. Babcia też bardzo zadowolona, podobno M była prze-kochana.

Dla mnie sam wieczór przyjemny bardzo, zawsze tak jest, kiedy spędzam trochę czasu bez mojego Małego Szczęścia.  Spędzamy ostatnio razem z Córcią tyle czasu, że każdej z nas dobrze robi taka rozłąka, chwila oddechu od siebie nawzajem. To konieczne, żeby nie zwariować!

5 lutego 2012

Nasza czytelnia

Do niedawna Matyldzia nie przepadała za czytaniem książek - nie potrafiła skupić na nich uwagi wystarczająco długo, dawaliśmy radę przeczytać najwyżej jedno zdanie i już jej nie było. Ku mojej radości wszystko się zmieniło jakies 2-3 miesiące temu, po prostu któregoś dnia ni stąd ni zowąd nakazała sobie czytać! I tak już zostało. Obecnie, w związku z pogodą (mróż jest zbyt duży na spacery) oraz chorobami, które nas ostatnio nie oszczędzają, codzienne czytanie, oprócz tego obowiązkowego wieczornego, stało się już naszą tradycją.

A oto i lista Matyldowych ulubionych pozycji:

Królową książek Matyldy jest niepodzielnie 'Miś Uszatek' Czesława Janczarskiego. Oczywiście przeczytałyśmy już wszystkie historie wzdłuż i wszerz - teraz Mada ma już swoje ulubione czytanki, które najchętnej życzyłaby sobie czytać nawet po kilka razy dziennie. Niektóre, np. 'Ciasto ucieka', będę już niedługo znała na pamięć, nie zanam jeszcze chyba tylko dlatego, że mam ciążowe niedotlenienie mózgu.  Jest to o tyle niezwykłe, że ja w dzieciństwie też zamęczałam Mamę czytaniem historii o misiu z opuszczonym uszkiem. Matylda miłość do Uszatka odziedziczyła więc w genach!
Czesław Janczarski "Miś uszatek", Nasza Księgarnia

Drugim ulubionym bohaterem naszej Córci wydaje się być Tupcio Chrupcio, uczący swoją młodszą siostrę Mysię korzystania z nocnika. Kupiłam tę książkę już jakiś czas temu, w wiadomym celu. Cel, póki co nie został osiągnięty (ale o tym to może innym razem), ale książeczka co dzień czytana być musi ;). Może kiedyś pomoże nam w przekonaniu Mady do dorosłego sposobu załatwiania swoich potrzeb.
Eliza Piotrowska "Tupcio Chrupcio. Żegnaj pieluszko", wydawnictwo Wilga

Kolejne dwie książeczki są w zasadzie czytane przez samą Matyldę. Nie, nie mówi ona jeszcze pełnymi zdaniami, ale bardzo lubi je oglądać i gadać przy ilustracjach po swojemu - mimo, że coraz więcej powtarza 'normalnych' słow, Mada nadal mówi często w sobie tylko znanym języku, który mi przypomina swoistą mieszankę chińskiego z domieszką koreańskiego. Przy tych dwóch kartonowych pozycjach ja za dużo do czytania nie mam, ale ona ma do opowiadania na pół dnia ;).
 Katarzyna Dmowska "Heidi", Wydawnictwo Olejesiuk

 Emilie Beaumont, Nathalie Belineau "Morze", tłum. Zuzanna Aplecionek, 
seria Obrazki dla maluchów, Wydawnictwo Olejesiuk

2 lutego 2012

Matka i córka czyli chora i chorsza

Nie ma to jak zarazić się jakimś wrednym wirusem od własnej Córki! Tak, teraz Matylda wychodzi już na prostą, a ja ledwo dycham! 

Nowe choróbsko Mady okazało się na szczęście 'tylko' wirusówką, obyło się więc bez propozycji antybiotyków; na szczęście, bo przecież dopiero co skończyła jedną antybiotykoterapię z racji zapalenia nerek. Wirusówka sama w sobie nie jest groźna, tylko mega wredna - zapchany nos, teraz wielce cieknący katar oznaczają problemy z oddychaniem, a dla mnie - nieprzespane noce. 

Na czas choroby wzięłam Małą do siebie do łóżka, Tata został eksmitowany do salonu na sofkę. Mam ją więc blisko siebie, mogę szybko reagować na wszelkie chorobowe potrzeby, ale i tak nie jest łatwo. Wczoraj spałam może z półtorej godziny - po prostu rewelka, żyć nie umierać. Co dziwne, Mada nie ma większych problemów ze spaniem - jej przerywane oddechy, świszczące, chrapanie wcale jej nie przeszkadzają, mnie za to doprowadzają do palpitacji serca. A do tego, skoro ona przesypia noce, ja o odzyskaniu straconego snu w dzień mogę tylko pomarzyć, drzemek mi ma (jak to rzecze moja Córka na nie ma). Oczy więc podpieram zapałkami, i od rana do wieczora marzę o końcu dnia, tygodnia, tej choroby...

Jakoś dam radę, ale jest bardzo ciężko, bo sama jestem - Mąż do późna w pracy, w weekend w szkole, nocki są w zasadzie moim dyżurem. I do tego ciąża - to już końcówka i jestem z lekka ociężała, delikatnie mówiąc - samo to powoduje, że opieka nad chorą dwulatką sprawia mi problem. A teraz na dodatek sama katarzę...

Rety, zaczęło jej spływać, kaszle jak szalona... Kolejna fantastyczna noc przede mną. Od niedzieli co rano myślę sobie, że następna noc już będzie lepsza, a ta jak na złość nie chce przyjść. Nic, idę spać, tzn położyć się obok Dziuby, wyboru nie ma...