Dziś znowu malkontentka się we mnie odzywa, przepraszam za ten nudny smutek.
Matyldzia na nowo chora; ze względu na przedłużającą się i zaogniającą się infekcję, tym razem bez antybiotyków się nie obyło :(. Prawdopodobnie wszystkiemu winny przerośnięty trzeci migdał - laryngolog na wizycie w poniedziałek określiła go jako bardzo duży i brzydki i zakwalifikowała go do natychmiastowego wycięcia. Niestety na NFZ 'natychmiastowe' oznacza 'za 6 miesięcy'. Przyznam szczerze, że na początku byłam nawet przeciwna zabiegowi (narkoza dla takiego malucha???), ale kiedy we wtorek Mała dostała temperaturę i kaszel, zdanie zmieniłam i najchętniej wycięłabym jej to g... od razu. Pediatra też w środę poradziła, by w miarę możliwości spróbować usunąć wcześniej, bo migdał jest w strasznym stanie i będzie powodował nawracające infekcje. A sama Mada przez niego ma problemy z normalnym oddychaniem, a co za tym idzie - ze spaniem i jedzeniem, jest przemęczona i rozdrażniona... Wszystko się zgadza. Spróbujemy więc uderzyć gdzieś wcześniej, bo nie mamy na co czekać z ciachnięciem tego 'tworu'.
Od wtorku więc znowu nie sypiam ani w dzień, ani w nocy, jestem przemęczona i zła. Dzisiaj Matyldzie załączył się mega kaszel, a do tego, a raczej powinnam napisać przez to jest strasznie marudna i wścieka się o byle co - obudziła się głodna, ale żadne jedzenie nie odpowiadało, poszła z Tatą na spacer, ale chciała jeszcze gdzieś jechać samochodem,, poza tym od wczoraj odmawia brania leków, przez co podajemy je jej na siłę - wygląda to drastycznie, ale inaczej się nie da... Żal mi jej, bo jest taka biedniutka, widać, że cierpi, że jest już tym wszystkim zmęczona, ale jednocześnie moja cierpliwość jest już tak nadwyrężona, że jak tylko włącza się jej wyjec, ja dostaję szału, skutkiem czego krzyknęłam na nią parę razy. Oczywiście zaraz potem włączają się wyrzuty sumienia, do tego hormony szaleją - płaczę więc regularnie od wczoraj wieczora... Czuję, jakby wszystko mi się waliło, że tracę grunt pod nogami, że z niczym nie daję rady. Źle mi.
Wyglądam jak zombie - nic tylko do porodu jechać!
Wyglądam jak zombie - nic tylko do porodu jechać!
***
A co do porodu to wszystko przede mną. Jakieś tam pierwsze skurcze się już pojawiły, ale na krótko i w zasadzie nie ma o czym mówić. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje w tej chwili u nas w domu, to wcale się nie dziwię, że Igorowi się nie spieszy na spotkanie z nami ;). Na szczęście u niego wszystko dobrze.
Ło matko, a ja myślałam, że milczysz bo to już "po" i nie masz czasu na pisanie...
OdpowiedzUsuńChoć teraz właściwie może już być "po" i kto wie, może właśnie tulisz swój Drugi Skarb?
Pozdrawiam i trzymam kciuki, by wszystko było po prostu dobrze!
Hop hop, jesteście?
OdpowiedzUsuńCo i raz zaglądam z nadzieją na notkę o Waszym "nowym życiu", ale znać baaaaardzo absorbujące samo w sobie jest...
Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do pisania, bo chwile ulatują z pamięci, a blogowy pamiętnik jednak zostanie.
No i GRATULUJĘ Synka! :)
Dziękuję bardzo! Masz rację - dzieje się, dzieje, ale po prostu brak mi obecnie czasu na pisanie. A nawet kiedy taki czas z rzadka przychodzi, postanawiam wykorzystać go na spanie - to narazie mój priorytet jeśli chodzi o zabawy wolnoczasowe ;)
OdpowiedzUsuńAle liczę,że będzie już tylko lepiej, że to moje życie powoli zacznie się układać na nowo i okazji do pisania będzie więcej.
Pozdrawiam serdecznie!!!