30 stycznia 2012

On czyli idzie nowe

Jak wszystkie kalendarze wskazują, od piątku pozostało mi już tylko pięć tygodni do terminu porodu. Auć, to już naprawdę niedługo, trudno mi w to uwierzyć. Tak niedawno przecież zrobiłam test, na którym, trochę niespodziewanie zobaczyłam te dwie kreseczki, a tu już końcówka. Przecież TO nawet może wydarzyć się wcześniej! Już za tydzień, dwa!

A ja w ogóle jestem nieprzygotowana... Ciąża z drugim dzieckiem to zupełnie inne podejście niż pierwsza. W ciąży z Matyldą ciągle o tym co mnie czeka rozmyślałam, wyobrażałam sobie jak to będzie, gdy już ten słodki bobas (bo co do tego, że słodki będzie, wątpliwości nie miałam) na dobre pojawi się w naszym życiu, jak będziemy go/ją kochać, bawić się itd. Dziecko i ciąża, mimo, że pracowałam zawodowo, opanowały moje myśli na całe dziewięć miesięcy. A teraz? Hmmm, to nie tak, że w ogóle nie myślę o dziecku, bo myślę całkiem sporo, ale nie jest to już tak intensywne. Nie mam już chyba tyle czasu na myślenie - Matylda jest bezlitosna, jeśli chodzi o dawanie matce świętego spokoju, a poza tym wiem mniej więcej co mnie czeka, tzn, doświadczyłam trudnej opieki nad trudnym noworodkiem i zdaję sobie sprawę z tego, że lekko nie będzie. I chyba jestem tym z lekka przerażona.

Tym niemniej kocham mojego synka, od kiedy wiem, że istnieje. I nie mogę się już doczekać naszego spotkania. Bo to chłopak będzie! Wiem o tym od 3 listopada - zdjęcie USG wg pani położnej, która je zrobiła, nie budziło wątpliwości, zresztą, ja swoim amatorskim okiem też widziałam wszystko 'jak na dłoni' ;). Od początku ciąży wiedziałam, tzn. czułam, że to On będzie, podobnie jak przy M czułam, że noszę pod sercem dziewczynkę. Nie wiem, jakiś szósty zmysł mi się w tej kwestii wlączył. Mój Mały będzie miał na imię Igor.

Igor już w fazie bytności w brzuchu pokazuje, że jest zupełnie inną jednostką niż jego siostra. Jest znacznie bardziej ruchliwy i dużo silniejszy. Mada nigdy nie kopała tak mocno i dużo, choć też nie była leniuszkiem. Kopniaki Igora od dawna powodują moje syki i jęki, i mimo, że ma tam w środku coraz mniej miejsca, siła jego ruchów nie zmniejsza się. Nie jest też tak wrażliwy na chodzenie jak Matylda - jej przy chodzeniu prawie w ogóle nie czułam, spała; Igor za to nieraz powoduje, że muszę przystanąć na spacerze, bo ból od kopniaka jest nie do zniesienia, taki mnie prąd przechodzi. Cieszę się z tych ruchów, bo to poprzez nie Igor mówi mi, że ma się dobrze, że wszystko w porządku, że nie muszę się o niego martwić. Czasem jednak dają mi w kość, szczególnie w nocy, gdy chciałabym sobie pospać, a tu mojemu Maleństwu w brzusiu włącza się tryb piłkarza - i nocka w jakiejś części z głowy.

Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie, z wyglądu i charakteru. Czy będzie męską wersją Matyldy, czy też zupełnie inną mieszanką genów moich i Męża? Czy będzie takim wymagającym i od początku mega towarzyskim człowiekiem jak jego Siostra, czy też będzie noworodkiem-aniołem, który tylko je i śpi? Jak szybko załapie o co chodzi w ssaniu piersi? Tyle tych niewiadomych, które z czasem jedna po drugiej zaczną się ujawniać. Nie mogę się doczekać tego odkrywania jego osobowości, to chyba najbardziej ekscytujące w byciu rodzicem.

A póki co, czeka mnie jeszcze mnóstwo prania, prasowania, układania... no i torbę do szpitala trzeba by spakować. I pewnie jeszcze cała masa innych rzeczy, do których nie mam w ogóle głowy. Śmieszne to, że przy Matyldzie, już od dawna wszystko miałam przemyślane i pamiętam, że szczerze dziwiły mnie ciężarne-po-raz-kolejny, które przyznawały, że są daleko w tyle z przygotowaniami do przyjścia kolejnego potomka na świat, mimo, iż zostało im tylko kilka tygodni do rozwiązania. Teraz sama mam takie podejście. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia.

29 stycznia 2012

Chora...

Chyba znowu coś Matyldę bierze - od nocy ma zapchany nos (co dziwne, nic się z niego nie chce wydostać) i lekko podwyższoną temperaturę. Co się z nią dzieje? Znowu będzie chora? Przecież dopiero co wyzdrowiała! Ile jeszcze tych chorób nas czeka w najbliższym czasie????

Czuję się przybita. Zastanawiam się co robię źle, że moje dziecko ostatnio takie chorowite. Ech...

28 stycznia 2012

Dwa lata!

Dziś moja najukochańsza Matylda kończy dwa lata!

Dzień za dniem niby się dłuży, ale teraz nie wiem, kiedy ten czas minął?

Córeczko - wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Przede wszystkim zdrowia, bo kiedy ono będzie, ze wszystkim sobie dasz radę. Szczęścia, bo ono w życiu bardzo pomaga. Radości i uśmiechu, z nimi będzie Ci raźniej, raźniej też będzie innym ludziom z Tobą, jeśli będziesz emanować tymi pozytywnymi promykami. A ponad wszystko życzę Ci, żebyś otaczała się ludźmi, którzy będą Cię kochać, mnóstwa miłości kochanie!
Dziękuję Ci za ten cały czas, który do tej pory razem spędziłyśmy, za te wszystkie uśmiechy, piski, przytulenia, którymi obdarzasz mnie co dzień. Kocham Cię Córciu! Mama.

22 stycznia 2012

Spokojny weekend

Od wczoraj jesteśmy z Matyldą w rozjazdach - mąż na uczelni (studiować mu się akurat w tym roku zachciało, ech...), a my z wiadomych przyczyn Babcie i Dziadka musimy odwiedzić.

Niestety moja kochana Mama sama sobie niezbyt fortunny prezent na ten swój, od niedawna obchodzony dzień, zafundowała - w piątek się przewróciła i złamała prawą rękę w nadgarstku... Wczoraj, jak tam byłyśmy, było mi jej strasznie żal, bo cała jest poobijana strasznie, na szczęście poza tą nieszczęsną ręką nic już innego jej się nie stało. Rozpaczała biedna, że nie może się z wnusią pobawić, ale myślę, że Matylda samą swoją obecnością i wszechobecnym szczebiotaniem, humor nieco poprawiła, bo na Dziadków to ona niczym balsam działa, ta moja Córcia kochana.

A dziś u Teściów siedzimy, w domu niestety, bo pogoda w ogóle na żadne spacery się nie nadaje. Matylda jednak zadowolona, ona uwielbia wizyty wszelkiego rodzaju, gdy jest dużo ludzi i dużo się dzieje, są psy i ogólnie swobodna, rodzinna atmosfera. Nawet za bardzo na telewizję nie jest dziś napalona, a to znak, że naprawdę jej się nie nudzi. Ja za to mam okazję troszkę odpocząć, bo wszelkiego rodzaju wycieczki po domu, zabawy czy sprawy związane z toaletą to dziś domena Babci.

Weekend więc bez jakiś większych wrażeń, przynajmniej dla nas, ale miły.

18 stycznia 2012

Dziś...

...są moje urodziny. Kolejna cyfra do metryki dodana, znowu do emerytury bliżej, no cóż.

Dzień zapowiadał się ciężko, po bardzo ciężkiej nocy - dosć powiedzieć, żę skutkiem tego zaspałyśmy na zajęcia w Matyldowym klubiku o 9:00...

Na dodatek w południe mąż zadzwonił, że musi w pracy dłużej powiedzieć, bo ma spotkanie z klientem po godzinach - myślę sobie - to już nawet nie jest dzień jak co dzień - to po prostu kpina takie urodziny! I tu - niespodzianka! - po południu przyjechała moja szwagierka z chłopakiem, z torcikiem (pysznym nota bene), pobawili się z Dziubą itd. W końcu wrócił Mąż i... kazał mi się szybko przebierać (fakt, mój strój mozna było określić mianem mało wizytowego, delikatnie mówiąc), bo jedziemy do restauracji! Taki to organizator z niego wyszedł!

I było bardzo smacznie, romantycznie i miło. Zrelaksowałam się, bardzo takiego wyjścia potrzebowałam. Dziękuję ci Mężu mój kochany!

***
A po powrocie mimo późnej pory, czekała na nas wykąpana, uśmiechnięta i przeszczęśliwa z powodu gości i naszego widoku Córeczka! Mała godzinka z hakiem i w końcu zasnęła. Ale w takie wieczory, to długie usypianie nie męczy, no prawie... ;)

17 stycznia 2012

Śniegowo

Dziś po raz pierwszy moje Dziecię stanęło na śniegu. W nocy porządnie napadało, więc ochoczo wyszłyśmy na spacer. Niestety, u nas temperatura dodatnia, więc wszystko topnieje, ale udało się nam chociaż trochę tego sniegu zaliczyć.

        

Matyldzia była jednak średnio tym mokrym śniegiem zainteresowana - bardziej ciągnęło ją do kałuży, he he.

    

A tu jeszcze na koniec - my dwie:


16 stycznia 2012

Posprzątała

Przed jakimiś dziesięcioma minutami wydarzyła się rzecz bez precedensu.

Matylda po kąpieli, w piżamie, stoi pode mną i czeka na mleko - woda się dopiero gotuje. Bez większej nadziei na posłuch proszę ją, żeby posprzątała jeszcze wszystkie kredki i pisaki, które wcześniej porozrzucała po całym dużym pokoju. Obecnie normalna reakcja na taką prośbę to oczywiście NIE!, i tu spotyka mnie niespodzianka - Matylda... bierze pudełko i zaczyna wkładać do niego wszystkie pisaki i kredki leżące na dywanie!!! Brak mi słów, w takim szoku jestem, wołam po cichu M, żeby był świadkiem, jaka ta nasza Córka porządna, oboje nie wierzymy własnym oczom.

Posprzątała wszystko. Bo porządek musi być ;). Jak skończyła, kazała sobie bić Blavo!!!, taka była z siebie zadowolona - i słusznie!

Teraz zasypia w swoim łóżku. Sama! Kochana jest ta moja Dziubka.

15 stycznia 2012

Nie-popychadło

Kontynuując moje wczorajsze wywody to niestety przesadziłam z tym śniegiem - napadało tyle co kot napłakał, więc o spacerku w śniegu nie było mowy. Ale wybrałyśmy się na kawkę do mojej przyjaciółki I, której synek Kacper i Matylda bardzo się lubią. Wizyta ta pokazała mi po raz kolejny, że Matylda jeszcze nie raz mnie zaskoczy (niby to wiem, ale wszelkie nowości są dla mnie nadal ciekawe i warte wspomnienia).

Otóż moje dziecię, jeszcze do niedawna będące największym popychadłem na placu zabaw, nie potrafiące walczyć o swoje, wykazało dziś kilka wręcz przeciwnych zachowań w stosunku do Kacpra - zabierała mu zabawki, których już za nic nie chciała oddać, odepchnęła go kilka razy od siebie, nie mocno, ale bardzo wyraźnie dając do zrozumienia, że ma się od niej odczepić... Nie było tego dużo, generalnie bardzo ładnie się Matylda z Kacprem bawiła, razem i osobno, było dużo śmiechu, nawet tańce wspólne były, ale te kilka 'odchyleń od normy' zwróciło moją uwagę.

Zastanawiam się oczywiście, skąd jej się to wzięło. Zaobserwowała w klubiku? Czy samo przyszło do jej główki? I to dwa dni po tym, jak pani w klubiku chwaliła ją za niesamowitą opiekuńczość w stosunku do innych dzieci, zwłaszcza kolegi Ksawerego,najmłodszego i najmniejszego w grupie. Zastanawiające... W sumie pierwszy raz widziałam ją w takiej akcji i powiem szczerze, że do końca nie wiedziałam jak zareagować. Bo czy to mogła być tylko taka nowa zabawa, testowanie mojej reakcji czy też jakieś zachowanie wynikające z głębszej przyczyny? Oczywiście od razu powiedziałam jej, że tak nie wolno, że nie zabiera się innym dzieciom zabawek, że się ich nie odpycha itp. I mam szczerą nadzieję, że się takie zachowanie za często nie będzie się powtarzać.

14 stycznia 2012

Zima przyszła!

Nareszcie! Doczekałam się! Zrobiło się naprawdę zimno, mróz na dworze w oczy szczypie i spadł śnieg! Koniec tej ohydnej łagodnej 'zimy', której nie znoszę. Miałam takową przez sześć lat pobytu na Wyspie i wystarczy, dziękuję. Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż kilka miesięcy szarugi, wiatru, ciemnych chmur i deszczu - to wszystko powodowało, że zawsze w marcu byłam już psychicznie wykończona tą pogodą. Prawdziwa zima jest mi potrzebna, regeneruje mnie!

Jak dobrze pójdzie, Matylda zaliczy jutro swój pierwszy spacer na śniegu - rok temu zimą jeszcze nie chodziła pieszo po śniegu - samodzielnie potuptała dopiero pod koniec lutego; mimo, że śniegu jeszcze było pod dostatkiem to na dworze nie chodziła, bo... nie miała odpowiedniego obuwia ;). A szczerze mówiąc szkoda mi było wydawać pieniądze na kozaki, które miały posłużyć raptem dwa tygodnie (wiem, wyrodna matka ze mnie...).

Łeeeee, właśnie zdałam sobie sprawę, że nie wzięłam aparatu fotograficznego do Mamy, gdzie spędzamy z Madą weekend... Co za guła ze mnie jest!

11 stycznia 2012

Anioł!

Uwaga! Wszystko, co napisałam ostatnio, cały poprzedni post, po ostatnich dwóch dniach odwołuję!!! Od wczoraj moja Córcia jest... no aniołem jest po prostu.

Wczoraj rano nic tej zmiany nie zapowiadało, Matylda obudziła się o 5:00 i ciężko jej wrócić do snu. Oczywiście to ja musiałam przy niej siedzieć i próbować ją uśpić z powrotem, Mąż, ku memu niekończącemu się zdumieniu, jest ciężko głuchy na jej jęki w nocy. Kiedy wybiła 6:15 stwierdziłam, że trudno - wstajemy, tym bardziej, że o 7:00 i tak wstać było trzeba, bo zaplanowaną mieliśmy zabawę w łapanie siuśków Matyldy do pojemnika na badanie moczu. Trzeba było zrobić posiew, więc o żadnych woreczkach czy siusianiu do wyparzonego nocnika mowy nie było w tym przypadku*. Jeśli ktoś myśli, że takie łapanie siuśków od dziecka, które wyraźnie nie ma ochoty na siusianie w powetrzu i potrafi wstrzymywać swoje potrzeby jest fajne i proste, nie miał do czynienia z Matyldą. Zajęło nam to, bagatela, jedynie półtorej godziny (czytaj - półtora długiego odcinka Teletubisiów) w pozycjach: mąż na kanapie trzyma Madę w pozycji siedzącej z pupą zwisającą nad miską, ja na podłodze przodem do nich wpatrująca się intensywnie Córci między nogi lub przy wyprostowywaniu się intensywnie nasłuchująca odgłosu siuśków odbijających się od miski. No czad po prostu! Udało się nam dopiero, kiedy Mada naprawdę się zdenerwowała, musiała w końcu ścierpnąć i zaczęliśmy jej tłumaczyć, że niestety będzie tak wisiała dopóki nie zrobi porządnego siusiu. Zrozumiała.

Reszta poranku była jeszcze ciężka, ja zmęczona, obolała, funkcjonowałam na zwolnionych obrotach, zanim się ogarnęłam, było już po 11:00 i stwierdziłam, że biorąc pod uwagę to jak krótko Matylda spała (raptem 7 godzin), nie ma sensu wychodzić już na spacer, bo Córcia powinna się niedługo robić senna. O 12:00 była już  nie do zniesienia i... poszła spać! To warto napisać, bo Mada przestała drzemać w zasadzie przed trzema miesiącami. Więc ta jej wczorajsza drzemka była cudnym prezentem. Spała przez trzy godziny, w ciągu których ja: wyspałam się, zrobiłam obiad, poczytałam książkę wyciągnięta na kanapie. Rewelacja!

I wszystko co dobre od tego się zaczęło! Matylda obudziła się w świetnym humorze, zjadła cały obiad (z dokładką), była wesoła, tańcząca, gadająca i zachwycona wszystkim, co ją otacza. Jak dawno tego nie doświadczyliśmy! Wieczorem zabraliśmy ją jeszcze na kontrolne badanie USG**, podczas którego nawet nie kwęknęła, a powiem więcej - zagadywała lekarza. Pan doktor był zszokowany, my też! My jeszcze szczęśliwi, że taki inny wieczór się nam zapowiada.

I nie zawiedliśmy się. Matylda po kąpieli... poszła sama do swojego łóżeczka, a po tatusiowym czytaniu, spokojnie w nim została i sama zasnęła. Nie było płaczu, wychodzenia, wołania nas, sprawdzania, nic. No anioł po prostu, jak już pisałam. Z Mężem oczy przecieraliśmy ze zdumienia.

Dzisiaj też miły dzień miałyśmy. Rano klubik malucha (Mada uwielbia tam chodzić), potem spacer - wiatr wiał co prawda niemiłosiernie, ale było sucho, więc wybrałyśmy się na plac zabaw, gdzie Matylda przez około 30 min bawiła się na zjeżdżalni. Nie ma się co dziwić, sama nie pamiętam już kiedy ostatnio się tam bawiła. Mnie było bardzo zimno, ale ona tak się na tym placu cieszyła, że nie miałam serca jej stamtąd zabierać. W domu znalazłyśmy się dopiero, gdy zgłodniała.

Cała reszta dnia to już z górki poleciała. Nic się w zasadzie nie wydarzyło, było po prostu miło, ciepło, przytulaśno, śmiesznie itp. Byłyśmy szczęśliwymi, kochającymi się matką i córką. kiedy dołączył do nas Tatuś, pojawiły się jeszcze piski i kwiki szczęścia, śmiechów i hihów nie było końca - Tatuś bardziej rozrywkowy jest.

Takie wieczory to balsam na mą duszę. Kocham mieć taką rodzinę. Niczego mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba. Oby jak najwięcej takich dni!

***
*Siusianie Mady to odrębna historia, na pewno kiedyś do niej wrócę, bo jest to temat, który mnie nurtuje już od jakiegoś czasu...

**Matylda tuż przed Świętami przechodziła ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek, którego leczenie zakończyło się dopiero tydzień temu - w tym tygodniu musieliśmy skontrolować czy poskutkowało. Wyniki są rewelacyjne na ten moment - zero bakterii w moczu i nerki wracające do normy! Uff...